wtorek, 30 grudnia 2014

KONKURS!

To jeszcze ni rozdział, jestem w trakcie pisania :P
Ogłaszam konkurs na One Shota z okazji 20000 wyświetleń. Musi dotyczyć R5, bo to głównie ich dotyczy mój blog.
Fajnie by było gdyby była Raura, ale może być cokolwiek. Gatunek jakikolwiek.
1 miejsce- polecenie bloga przez miesiąc
2 miejsce- polecenie bloga przez 3 rozdziały
3 miejsce- kolaż i dedyk z kimkolwiek
Prace przesyłajcie na mojego e-maila: magdaxd249@gmail.com do 5 stycznia 2015
W razie pytań piszcie w komentarzach.
Czekam na dużo One Shotów :)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 46.

Tą uroczą chwilę przerwał chrząknięciem któryś z chłopaków.
- Tęskniliśmy- powiedzieli i grupowo mnie przytulili.
W ich oczach widziałam iskierkę radości. Ciekawe, kiedy pozwolą mi stąd wyjść? Mam już dosyć tych ścian. Po kilkunastu minutach zaczęli wychodzić. Został Ross. Przypadek- nie sądzę.
- Jestem pewna, że ta banda właśnie siedzi pod drzwiami i słucha- powiedziałam głośniej
Blondyn zaśmiał się.
- Pogadamy w domu- powiedział
Pocałował mnie w policzek i otworzył drzwi. Na podłogę przewróciła się reszta naszej nienormalnej rodziny. Potem już wszyscy poszli. Szkoda. Ciekawe co tam u Caluma i Raini? Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos lekarza:
- Lauro, jutro możesz wracać do domu
- Mógłby pan poinformować kogoś z mojej rodziny? Inaczej nikt po mnie nie przyjedzie- odparłam.
Lekarz przytaknął i wyszedł z sali. Już jutro wychodzę! Yeahh. Ale mi głowa nawala. Ał. Wygodnie ułożyłam się na łóżku i zasnęłam.
*~*
Roześmiana wchodzę do domu. Nie ma nikogo. Odwiedzam wszystkie pokoje. Tylko w pokoju Rossa ktoś jest. To Ross. Gra na gitarze. Podchodzę do niego i siadam obok niego na łóżku.
- Mieliśmy pogadać- powiedziałam
- Mam ci coś ważnego do powiedzenia- odezwał się blondyn.
Patrzę na niego wyczekująco.
- Nie chcę cię znać. Jesteś nikim. Odczep się ode mnie. Nie wiem co sobie wyobrażasz, ale idź stąd!- krzyknął.
*~*
Obudziłam się z krzykiem. Co to ma być? Chyba ten szpital źle na mnie wpływa. A jeśli ten sen to przyszłość? Może to są szczerze słowa Rossa? Przetarłam oczy i ziewnęłam. Spojrzałam na zegar. 8:46. Już za kilkanaście minut przyjadą po mnie. Fajnie. Jeśli mój przyjazd do domu będzie wyglądał tak jak w tym śnie? Kilka minut temu do mojej sali wszedł lekarz. Nie słuchałam go. Właśnie wyszedł. Na krześle leżą moje ubrania. Wyprane i wyprasowane. Weszłam do łazienki i przebrałam się. Opuściłam łazienkę i usiadłam na łóżku.
- Hej Lau!- krzyknął uradowany Rocky.
- Cześć- odezwałam się bez entuzjazmu.
- To idziemy?- zapytał nieśmiało.
Pokiwałam głową i zabrałam siatkę z kilkoma moimi rzeczami. Poszłam za szatynem. Gdy opuściliśmy szpital, poczułam świeże powietrze. Moje włosy lekko powiewały na wietrze. Poczułam energię. Co będzie to będzie. Wsiadłam do samochodu Rydel na swoim stałym miejscu z tyłu. Chłopak wyjechał ze szpitalnego parkingu. W końcu wolność. Dojechaliśmy w kilkanaście minut. Fajnie widzieć dom Lynchów.
- Jadę na kręgle z chłopakami. To pa- powiedział Rocky i odjechał. Delikatnie otworzyłam drzwi. W domu nie było nikogo. Dokładnie tak jak w śnie. Weź nie strasz! Odłożyłam torbę z rzeczami na komodę, zdjęłam buty i udałam się na górę. Sprawdziłam wszystkie pokoje. U Rocky'ego syf, u Rika tak samo. U Ellingtona czysto- to jakiś cud. U mnie i Delly artystyczny nieład. U Vanessy jak zawsze idealnie czysto. Zatrzymałam się przed drzwiami pokoju Rossa. Wejść czy zostać tutaj? Wszystko jest tak jak w śnie. Może o tym chciał pogadać w domu? Że ma mnie dosyć i mam się odczepić. To tylko głupi sen. Nie przejmuj się. Łatwo ci powiedzieć, nie jesteś mną! Zza drzwi usłyszałam dźwięki gitary. Ja tu zaraz naprawdę zejdę na zawał! Co to ma być? A może nadal jestem w śnie? Uszczypnęłam się. Zabolało. Czyli to prawdziwa rzeczywistość. Trudno. Lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. Po cichu otworzyłam drzwi i weszłam do pokoju blondyna. Ross gra na gitarze. Dokładnie tak jak w śnie! Zamknij się. Podeszłam do niego i usiadłam na łóżku.
- Hej- powiedziałam
- Wypuścili cię!- blondyn uśmiechnął się i mnie przytulił.
- Mieliśmy pogadać- przypomniałam
Jego twarz spoważniała.
- Mam ci coś ważnego do powiedzenia- odparł
Spojrzałam na niego wyczekująco.
- Nie chcę cię....
____________________
Hej!
Jak myślicie, co powiedział Ross?
Tak wgl to dzisiaj nasz kochany Ross ma swoje 19 urodziny! Yeahh! Spamujmy na twietterze #HappyBdayRoss :P
Nie zapominajmy, że urodzimy ma dzisiaj też CRISTAL! Wszystkiego najlepszego :)

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 45.

Ich miny były bezcenne. Najpierw zaskoczenie, które przeszło w okrzyki radości.
- Ta młoda jeszcze nas zaskoczy- odezwał się Riker i pocałował Nessę.
Pierwszy raz byłam taka szczęśliwa. To prawdziwy cud. Jeszcze trzeba to powiedzieć Rossowi. Jeszcze jest szansa na Raurę. Z uśmiechem na ustach szłam na piętro. Chciałam zaskoczyć blondyna, więc udałam pokerową twarz. Zapukałam. Usłyszałam 'proszę'. Weszłam. Na łóżku siedział Ross. Miał doły pod oczami. Zaraz się rozpogodzi.
- Hej Ross, mam dla ciebie ważną informację- powiedziałam
- O co chodzi?- zapytał, nie przerywając patrzenia w ścianę.
- Laura żyje!- krzyknęłam i przytuliłam chłopaka
- Wkręcasz mnie- odparł
- W takiej sytuacji, aż taka głupia nie jestem- odrzekłam.
Na twarzy blondyna pojawił się lekki uśmiech.
- Jak to się stało?- uśmiechnął się prawie całkowicie
Po raz kolejny opowiedziałam całą historię.
- Jeszcze jedno. Co do cięcia się.- zrobiłam groźną minę- Czemu to zrobiłeś?
- Chciałem zobaczyć się z Lau- spuścił głowę.
- Zobaczysz się z nią jutro- puściłam mu oczko i roztrzepałam fryzurę.
Teraz był już naprawdę szczerze uśmiechnięty. Mój kochany mały Ross.
*Oczami Rossa*
Laura żyje! Jak to możliwe? Nie ważne! Najważniejsze, że jutro ją zobaczę. Jedna z najszczęśliwszych chwil mojego życia. Nie umiem tego wyrazić słowami.
*~*
Dzisiejszej nocy w ogóle nie spałem. Jak małe dziecko cieszyłem się, gdy Ryd powiedziała, że za pięć minut wyjeżdżamy do szpitala. Ja już chcę ją zobaczyć, pogadać, przytulić!
*oczami Laury*
Gdy wczoraj obudziłam się w kostnicy, wpadłam w panikę. Zaczęłam walić w metalowe ścianki. Na szczęście ktoś to usłyszał i mi otworzył. Ale czemu tam byłam? Od razu przewieziono mnie do białej sali. Od razu zasnęłam. Rano obudziłam się pełna życia. Do sali wszedł lekarz.
- Panna Marano!- ucieszył się na mój widok
- Niech mi pan mówi po imieniu. Coś mnie ominęło?- zapytałam, szczerząc się
- A więc Lauro, ominęło cię bardzo dużo. Taki jeden blondyn, Lynch miał na nazwisko cały czas czekał aż się obudzisz. Potem stwierdziliśmy twoją śmierć. Cała twoja rodzina pojechała do domu. Okazało się, że stwierdziliśmy błędną diagnozę. W przedziwny sposób obudziłaś się. To prawdziwy cud.- zakończył swój monolog lekarz.
Oni cierpieli przeze mnie. Myśleli, że nie żyję. Co z Rossem?
- Mógłby pan po nich zadzwonić, żeby przyjechali?- zapytałam
- Jeśli mnie słuch nie myli, już tu są- uśmiechnął się i wyszedł.
Po chwili usłyszałam kroki i głos Delly:
- Rocky zamknij się jesteśmy w szpitalu!
Parsknęłam śmiechem. Moi najbliżsi weszli do sali. Pierwszy do łóżka podbiegł Ross. Chyba nie spał całą noc.
- Ja myślałem..Dobrze, że jesteś- przytulił mnie mocno.
Tego mi brakowało. Tego ciepła. Chwila! Ross ma na rękach bandaże. Co on znowu zrobił?
- Co to ma być?- zapytałam, udając wściekłą i pokazując na jego ręce.
Zaczerwienił się.
- Jak cię zabrakło, dotarło do mnie, że jesteś moim powietrzem- wydukał nieśmiało.
To są najpiękniejsze słowa, jakie usłyszałam w życiu. Tą uroczą chwilę przerwał
________________________
Cześć!
Jak widać, dodaję rozdział już dzisiaj, mam nadzieję, że będzie coś koło 8-9 komentarzy.
Komentujcie
Miłego wieczoru :>

Dodatek cz.4

- Nie musicie mi prawić kazań! Wiem co zrobiłem i tego żałuję!- poinformowałem
Reszta pokręciła z niedowierzaniem głowami i każdy rozszedł się do swoich zajęć. 
Kilka godzin minęło strasznie szybko. Martwiłem się o Laurę. Co prawda na dworze jest ciepło. Spojrzałem przez okno. Zaczął padać śnieg. Śnieg w LA! Cud! Dużo tego śniegu. Moje przemyślenia przerwał Rocky, który właśnie wbiegł do mojego pokoju. 
- Ross! Pierwsza gwizdka! Śnieg! Alleluja!- krzyczał
Postanowiłem zejść na dół. W salonie byli już wszyscy oprócz Lau. Prezenty były już pod choinką. 
- Siadamy już do kolacji.- poinformowała mnie Rydel
- Nie poczekamy na Lau?- zapytałem
- Dzięki tobie raczej będzie chciała spędzić te święta sama- odparła i poszła w stronę stołu. 
Ruszyłem za nią. Wszyscy wyglądali bardzo świątecznie i elegancko. Miałem na sobie garnitur. Ryd i Van sukienki, a Ell, Rocky i Rik  tak jak ja w garniturach. Było osiem miejsc. Dwa puste: Laury i niezapowiedzianego gościa. 
- Po co zostawiamy miejsce dla gościa?- zapytał Rocky
- Nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie przyjdzie- mruknęła Rydel
- I tak nikt nie przyjdzie- szepnął Rocky.
Właśnie w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Rocky doznał szoku. Riker poszedł otworzyć.
- Jaki chcielibyście dostać prezent?- zmienił temat Ell
- Żeby Lau wróciła- zacząłem mieszać w herbacie
- Ykhym, Ross do ciebie- odrzekł Rik
Wstałem od stołu niczym oparzony i popędziłem w stronę drzwi. Osoba która stała w przedpokoju mnie zaskoczyła. Laura, z zaróżowionymi od zimna policzkami. W fioletowej sukience wieczorowej. Wyglądała prześlicznie. 
- Lepszego prezentu nie mogłem dostać- powiedziałem do siebie
- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam- zaczęła dziewczyna
- To ja powinienem przepraszać. Nie powinienem nawet myśleć, że mogłabyś być z Rikerem. Czasami po prostu mi odwala. Gdyby nie Rik, żałowałbym swojego czynu do końca życia.- zakończyłem monolog i przytuliłem dziewczynę.
Razem z Laurą poszliśmy do jadalni. Zasiedliśmy do stołu. Wszystkie pary oczu zwróciły się w naszą stronę. Uśmiechnąłem się i po podzieleniu się opłatkiem wszyscy zaczęliśmy wigilię. 
- Teraz prezenty!- krzyknęli uradowani Ell i Rocky.
Całą rodziną ruszyliśmy do salonu.  Każdy zaczął odpakowywać swój prezent.
Riker dostał książkę i słuchawki. Rydel i Vanessa zestawy kupione przez Laurę. Rocky i Ell wrotki.
Zacząłem odpakowywać swój prezent. Otrzymałem kask i fotografię, na której jestem z Laurą. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie. Lau zaczęła odpakowywać swój prezent. Naszyjnik z literą L oraz bransoletkę z różnymi doczepianymi wisiorkami. 
- Jest jeszcze jeden prezent dla wszystkich- poinformował Rik- Dla naszej siódemki skok na bungee!
Podszedłem do Laury.
- Podoba ci się?- zapytałem
- Najpiękniejszy prezent, jaki dostałam to rodzina i to, że mogę tutaj z tobą być.- uśmiechnęła się
- Stoimy pod jemiołą- mruknąłem
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Byliśmy coraz bliżej. Dzieliły nas milimetry. Stało się. Złączyliśmy nasze usta w pocałunku, który wyrażał całą masę naszych uczuć. 
- Takie święta to mogą być codziennie- odparłem i zacząłem się śmiać. Szatynka mi zawtórowała.
Na rozkaz Rydel, Rik i Ell odsunęli stół aby znalazło się jakieś miejsce odpowiadające parkietowi. Tańczyłem z Lau (jakby inaczej :3), Ratliff z Delly, a Rik z Nessą. Rocky był jak zawsze forever alone, więc przyniósł sobie z pokoju okropnego misia którego nazwał Benem i zaczął z nim tańczyć.
To było naprawdę komiczne. Reszta tego wyjątkowego wieczoru minęła nam w prawdziwej, świątecznej atmosferze. Było naprawdę tak jak w pełnej rodzinie. Mam marzenie na następne lata. Niech wszystko będzie takie, jakie jest.  
*25 grudnia, oczami Laury*
Śniadanie było zwyczajne. Do codziennego obrzucania się jedzeniem można się przyzwyczaić. 
- Dobra, koniec tego!- Ryd przerwała śniadaniową tradycję, gdy Rocky wlazł na stół.
Szatyn posłusznie zszedł z mebla, a my obróciliśmy głowy w jej stronę. 
- Dzisiaj jedziemy skakać na bungee. Kto się cieszy?- odparła Dells. 
Rękę podniósł tylko Rocky, czego można się było spodziewać. 
- Za pół godziny wszystkich widzę na dole, gotowych do drogi.- dodała blondyna
- Nie zdążę ułożyć włosów!- jęknął Ross
Zaśmiałam się cicho i ruszyłam za Rydel na górę. Byłam gotowa po pięciu minutach. Teraz tylko czekać na resztę rodzinki. Ross dzielnie tworzył fryzurę przed lustrem, a każdy, kto do niego podchodził, musiał wiedzieć, że blondynowi nie przerywa się układania włosów. Przyglądałam się jego poczynaniom, a moje wewnętrzne dziecko śmiało się wniebogłosy. Po 25 minutach Ross ukończył swoje dzieło. Wyglądał tak samo jak przedtem, ale nie zamierzam niszczyć świątecznej atmosfery i rozpoczynać kolejną kłótnię. Całą rodziną ruszyliśmy do aut. Usiadłam na stałym miejscu w samochodzie Rydel. Obok mnie usiadł nie kto inny tylko Ross. Z przody siedzieli Ryd i Ell. Podróż trwała kilkadziesiąt minut. Gdy znaleźliśmy się w miejscu, gdzie będziemy skakać, zaczęłam się bać. Co, jeśli lina się zarwie? Spadnę i roztrzaskam się o głupie, ale ostre kamienie tam, na dole. Podeszłam do Rydel i zaczęłam próbę przekonania jej do uniknięcia skoku:
- Delly, mogę nie skakać? Proszę- zrobiłam oczy kota ze Shreka
- Boisz się?- bardziej stwierdziła niż zapytała- To będziesz skakać z Rossem. Ross, chodź tu.
Już po mnie. Dlaczego akurat z nim?
- Czego Ryd?- zapytał blondyn
- Wyrażaj się. Skaczesz z Laurą- poinformowała i odeszła.
Chłopak prawie skakał z radości, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. 
- Idziemy- powiedział Riker
Zaczęłam się niepohamowanie trząść. Tak przy okazji- znowu pada śnieg. Tssa, wiem. Śnieg w LA to już cud. 
- Idziemy skakać- lekko szturchnął mnie Ross
- Ale ja nie chcę- odparłam
Złapał mnie za rękę, dzięki czemu poczułam się trochę pewniej. Zakładanie sprzętu trochę trwało. Kiedy stanęliśmy nad krawędzią, mój żołądek zaczął wariować. Spojrzałam na stojącego obok mnie chłopaka, który lekko się uśmiechnął i spojrzał mi w oczy. 
Skoczyliśmy.
Zaczęłam się drzeć wniebogłosy. Super uczucie!
Obok nas ''zawiśli'' Riker i Van, później Rydel z Ellem, a na końcu Rocky ze swoim misiem.
Gdy wróciliśmy na stały grunt, powiedziałam:
- Dziękuję- i mocno przytuliłam mojego blondyna.
________________________________
Koniec! Może być? Już jutro rozdział. Kto się cieszy? :P Dzisiaj sie budzę i takie coś: ŚNIEEEGG!!! U kogo też jest śnieg? :P
Komentujcie
do jutra :>

czwartek, 25 grudnia 2014

Dodatek cz3

 Ogromną choinkę ubieraliśmy do północy. Jutro sprzątamy. Extra. Dzięki staraniom głównie Rikera i Nessy Rocky nie zniszczył choinki. Kompletnie padnięta zasnęłam nie wiem dokładnie gdzie.
*24.12 ranek*
Gdy moja kraina Morfeusza zaczęła znikać, przeciągnęłam się niczym kot i leniwie otworzyłam oczy. To, co zobaczyłam, kompletnie mnie zaskoczyło. Otóż leżałam wtulona w nagą klatę Rossa Lyncha. Spojrzałam po sobie. Na szczęście byłam w ubraniu. Uff. Nie chciałam zrobić czegoś, czego potem byśmy żałowali. Odpuściłam sobie piszczenie. Jak najszybciej wstałam z kanapy i uciekłam do kuchni. Na zegarze widniała godzina 10.15. Trochę już późno. Postanowiłam obudzić resztę domowników. Znalazłam dwie patelnie. Zaczęłam uderzać jedną o drugą, wywołując niesamowity hałas.  Usłyszałam głośne pomruki niezadowolenia. Najgłośniejszy z salonu, z którego właśnie wyszedł Ross, przecierając oczy.
- Cześć Laura, co dzisiaj jest?- zapytał
- Wigilia. Musimy się zabrać za sprzątanie bo się nie wyrobimy.- odparłam
Ze schodów zeszła reszta domowników. Patelnie podałam Rydel. Ona już wie, co z tym zrobić.
- Wszyscy do szeregu!- krzyknęła blondyna i uderzyła patelniami o siebie
- Tak jest!- odparłam i lekko się zaśmiałam
- Jest wigilia, nie zdążymy jeśli nie damy z siebie wszystkiego. Więc do roboty! Szeregowa Lauro, jaki plan pracy?- zapytała
- Riker, Van i Ryd gotują, reszta sprząta generale!- odkrzyknęłam
Ta sytuacja była co najmniej dziwna. Ale było śmieszne. To było ważne. 
- Rozejść się i wziąć się do pracy!- powiedziała Delly i zebrała swoją ''drużynę''.
Rocky, Ratliff i Ross zgromadzili się wokół mnie.
- Rocky, Ell sprzątacie parter; Ross drugie piętro, ja pierwsze. Jak szybko skończymy, to potem mamy wolne- wyszczerzyłam się i ruszyłam na sprzątanie piętra.
Zajęło mi to około 3 godziny.  Pokój Rossa był istnym syfem! Spokojnie zeszłam na parter i jak to zwykle ja, potknęłam się o mop Rocky'ego. Prawie, ponieważ uratował mnie (proszę o bębny).... Riker! Tak, mnie też to zdziwiło. 
- Dzięki- odparłam
- Nie ma za co. Masz pecha jeśli chodzi o wypadki- zaśmiał się
- Laura, gdzie dać ten.... co to ma być Riker?- wypalił Ross, który właśnie wszedł do przedpokoju.
- Mogę to wytłumaczyć- odrzekłam
- Nie chcę twoich tłumaczeń. Puszczasz się z moim bratem. Okey, ale Riker, złamałeś naszą zasadę. - mówił
- Ja się puszczam? No chyba cię coś poje...- krzyknęłam mu prosto w twarz
- Odpuść sobie. Ja wiem co tu się działo...
- Ogarnij się idioto!- powiedziałam i lekko go popchnęłam
Jego oczy pociemniały. Lekko się przestraszyłam.
- Jak mnie nazwałaś?- syknął i chciał mnie uderzyć, ale do akcji wkroczył Riker
- Ross, ogarnij się, wiesz co teraz chciałeś zrobić?- wykrzyczał mu w twarz
Nie potrafiłam na niego patrzeć.
- Chciałeś, żeby nic się nie zmieniało. Skoro jestem problemem, to już nie masz problemu.- odrzekłam.
 Założyłam buty i kurtkę i z płaczem wyszłam z domu. Jak on mógł mnie prawie uderzyć? Nie chciał zmian. Nie będzie miał zmian. Uciekłam do parku. Nie wpadnie nikomu do głowy żeby mnie tutaj szukać. 
*Oczami Rossa*
Gdy Laura wyszła, dotarło do mnie co prawie zrobiłem. To był impuls, przy zdrowych zmysłach nawet bym o tym nie pomyślał. Co ja zrobiłem. Zniszczyłem te święta.
- Ross! Chyba należą się nam wytłumaczenia- wpadła do progu Rydel.
- Nasz kochany braciszek prawie uderzył dziewczynę, którą kocha. Wspaniale Ross- powiedział z sarkazmem Riker
- Czy ciebie do końca poje*ało? Ty się czujesz? Myślisz też czasami o innych, a nie tylko o sobie?- zaczęła Delly. 
___________________________
Hej!
Jak tam święta? Co dostaliście?
Liczę na dużo komentarzy :)

środa, 24 grudnia 2014

Dodatek cz2

 Między nami zapadła niepokojąca cisza, która może spowodować kłótnię. Wolałam nie zaczynać żadnego tematu. Na całe szczęście, wyręczył mnie blondyn. Jakby co będzie na niego!
- Too, co kupujemy Delly, chłopakom i twojej siostrze?- zapytał
- Z tego co wiem, to twoi bracia i ty ich najlepiej znasz. Ryd i Nessie ja kupuję.- odparłam jak najmilej. 
- Dobra- odrzekł i reszta drogi do sklepu minęła nam w ciszy. 
Zastanawiałam się, co kupić chłopakowi, który wszystko ma. Jako nasz pierwszy cel obrałam jeden z najlepszych sklepów, w którym można kupić coś fajnego Delly i Van. Zdegustowany sklepem blondyn usiadł na najbliższej ławce i ze znudzeniem przyglądał się mojemu bieganiu po całym sklepie. W końcu ujrzałam całkiem ładną, różową sukienkę. Poszukałam również do tego buty, oraz kilka dodatków. Prezent dla Rydel gotowy. Została mi jeszcze Van. W oko wpadło mi to cudo. Dobrałam jeszcze kilka rzeczy i skierowałam się do kasy. Zapłaciłam za wybrane ubrania i wyszłam ze sklepu. Ross opierał się o ścianę. 
- Tak szybko?
- No a jak- odparłam z uśmiechem i skierowaliśmy się do kolejnych sklepów. 
Po kilku godzinach zostały nam zakupy spożywcze i choinka. Wparowałam do sklepu z ogromnym wózkiem, który musiał pchać Ross. Zaczęłam wrzucać tam wiele różnych, jednak potrzebnych produktów. Zajęło to dosyć dużo czasu. Gdy dojechaliśmy do kasy, kasjerka zrobiła wielkie oczy i zabrała się do kasowania. Kupowanie idealnego drzewka pochłonęło kolejne 2 godziny. W drodze powrotnej gadaliśmy o tym, co kto dostanie. Naprawdę ciekawe- czujecie ten sarkazm. Gdy dojeżdżaliśmy zadzwoniłam Rydel, żeby wysłała kilku domowników do wnoszenia zakupów. Na maskę auta przykleił się Rocky. Nadal nie wiem, jak to możliwe. Przemyciłam prezenty do schowka, gdzie również je zapakowałam. Jakby nic się nie stało, naturalnie zjawiłam się w salonie.Nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi. 
- Lau, mogłabyś iść na strych po ozdoby?- poprosiła Delly
Pokiwałam głową i ruszyłam na samą górę. Weszłam na strasznie zakurzony strych. Był niewielki, jednak znajdowało się w nim na pewno wiele cennych pamiątek i sentymentalnych przedmiotów. Zauważyłam dwa kartony z napisem: Święta. Zatargałam je w okolice wyjścia. Wychyliłam głowę i zawołałam:
- Niech ktoś przyjdzie i mi pomoże z tymi kartonami!
Później usłyszałam bieg przez schody. Zobaczyłam blond czuprynę i przeuroczy uśmiech Rossa. Kto inny mógł przyjść? Myślałaś, że przyjdzie ktoś inny, ale w głębi duszy miałaś nadzieję, że będzie to akurat ten chłopak. Chyba masz rację. Zapomniałam, że cały czas patrzę w oczy blondyna i nie odrywam od niego wzroku. Ogarnęłam się i podałam mu jeden z kartonów. Później drugi. Chłopak pomógł mi zejść ze strychu i wspólnie przytaszczyliśmy kartony z ozdobami do salonu. Całą rodzinką zaczęliśmy przeglądać bombki, lampki, wstążki i inne ozdoby. Na samym dnie znalazłam kilka ozdób wykonanych przez dzieci. Wyjęłam je i dokładnie obejrzałam.
- Chodźcie tu na chwilę. Patrzcie- powiedziałam
Podałam Lynchom i Ellowi karteczki w kształcie kanciastych bombek, każde podpisane imieniem.
- To nasze marzenia! Pamiętam, jak je robiliśmy!- wykrzyknął Riker
- Może przeczytacie?- zachęciła Vanessa
- Chciałbym, żebyśmy wszyscy zawsze byli razem.- odczytał Rik
- Chciałabym różowy rower. I żeby bracia mnie nie wkurzali.- uśmiechnęła się Rydel
- Chciałbym, żeby rodzicie nie dawali mi kar za fajne rzeczy.- przeczytał Rocky.- Ell, pamiętasz jak przykleiliśmy rodziców do krzesła?
- Pewnie, że pamiętam- wyszczerzył się Ratliff- Chciałbym psa. Może być to Rocky, ale niech będzie posłuszny
Wszyscy zaczęliśmy się niepohamowanie śmiać.
- Chciałbym dostać motor i niech nic się nie zmienia.- odparł Ross
- Jednak coś się zmieniło.- szepnęłam blondynowi do ucha.
Pokiwał głową i zaczął wieszać lampki. Trochę zdziwiło mnie jego zachowanie. 
__________________________
Cześć! Więc wróciłam :P
Podczas świąt raczej ode mnie nie odpoczniecie :D
Chyba będą jeszcze 2 części, ale muszę je najpierw napisać :3
Smacznej wigili :P Już niedługo prezenty!
No i oczywiście klonów R5 pod choinką :)
Proszę o skomentowanie :)

wtorek, 23 grudnia 2014

Dodatek cz1

Wyścigi, przyjaźń…może coś  więcej?- święta cz.1
23.12 *Oczami Rydel*
Obudziłam się z pięknego snu. Śniły mi się święta, z rodzicami i w ogóle… No cóż, trzeba wstawać. Gdy moje stopy dotknęły lodowatej podłogi, poczułam się jak na lodowisku. Moje ciało przeszły lekkie dreszcze, stałam w bezruchu kilkanaście sekund, aby w końcu wyjść z pomieszczenia. Przy okazji znalazłam kapcie. Jestem pewna, że moja włosy wyglądają strasznie. Kątem oka spojrzałam na Laurę, która słodko spała. Ross miałby się na co napatrzeć. Na moją twarz wkradł się przebiegły uśmiech. Cichutko zamknęłam drzwi i ruszyłam  korytarzem, sunąc po panelach wełnianymi kapciami. Poczułam się niczym mała dziewczynka na śniegu. Spokojnie zeszłam po schodach, kierując się do kuchni. Stał tam Riker, pijąc mleko.
- Hej- powiedziałam, zwracając na siebie uwagę.
- Cześć Rydel- odezwał się blondyn- Wiesz, miałem dzisiaj ciekawy sen.  Święta z rodzicami, padał śnieg. Taka świetna atmosfera była.
Przypomniałam sobie dzisiejszy sen.
- Miałam ten sam sen- uśmiechnęłam  się
- Święta już za kilka dni.- odparł brat, zrywając kartkę z kalendarza z dobrze widoczną liczbą 22. Na widoku pozostała kartka z liczbą 23. Pod nią był napis: ‘’Grudzień’’. Chwila moment, już grudzień?!
- W twoim śnie były Vanessa i Laura?- zapytał
-Nie. Z jednej strony bez nich nie mogło być tak pięknie i świątecznie. To w końcu siostry Marano- odparłam
Riker pokiwał głową. Na dół zaczęła się schodzić reszta tej niezwykłej, niecodziennej rodziny. Ross wszedł pierwszy, próbując doprowadzić włosy do ładu. Niestety bez skutku. Za nim do kuchni dotarli Rocky i Ell. Do tego drugiego szczerze się uśmiechnęłam. Ostatnie weszły wspomniane wcześniej siostry Marano.
- Nie będę się z każdym witać, bo to bez sensu- poinformowała Vanessa.
 Podeszła do Rika i powitała go pocałunkiem. Laura wywróciła oczami. 
- Nie będzie się witać- mruknęła pod nosem młodsza Marano.
 Przypomniałam sobie o całkiem ważnej sprawie. Właściwie to spawach. 
- Hej! Spokój na moment, okey? Mam coś  ważnego do powiedzenia- poinformowałam domowników. Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę.- Skoro za dwa dni święta, to trzeba wysprzątać dom, kupić choinkę, bo ozdoby są na strychu, prezenty, zrobić wielkie zakupy, bo sklepy są podczas świąt zamknięte, a jak wiadomo, u nas jedzenie znika w przerażająco szybkim tempie.
- Może podzielimy się na grupy?- przeszkodziła mi Laura, jednak postanowiłam ją posłuchać- Jest nas siódemka, możemy wszystko załatwić, tylko trzeba się ogarnąć. Na zakupy mogę jechać. Choinkę stroić będzie Riker i Van, sprzątają Delly, Ell i Rocky. Będziemy się zmieniać. Pasuje?
- Co ja mam robić, szefowo?- wtrącił się Ross, szczerząc się jednym z tych swoich uroczych uśmiechów. 
- Możesz jechać ze mną na zakupy. Jeśli chcesz- rzuciła obojętnie ciemnowłosa. 
Blondyn widocznie się na to ucieszył. 
- To do roboty. Damy radę. Lau, możesz zabrać moją kartę z banku- odrzekłam- Rocky, Ratliff, idźcie po szmaty, mopy, płyny i inne. Ja.. się przebiorę.
*Oczami Laury*
Pobiegłam na górę. Wparowałam do pokoju, przebrałam się w jasne jeansy i szarą bluzkę, zabrałam torebkę i kartę Rydel. Popędziłam na dół. Rossa dalej nie było. Gdzie on do cholery jest?! Stałam piętnaście minut, oczekując na zbawcze przyjście chłopaka. Nerwowo stukałam butem o podłogę. W końcu przyszedł! Przyrzekam, uduszę go kiedyś! 
- Idziemy w końcu?- rzuciłam
- Okey.- odpowiedział. 
Pożyczyliśmy samochód Rydel, bo ma baardzo pakowny bagażnik. Ross niczym gentleman otworzył mi drzwi. Usiadłam na miejscu z przodu. Blondyn włączył samochód i wyjechaliśmy, prawie wjeżdżając w auto sąsiada, którego nadal nie znamy. Facet zaczął się na nas drzeć, ale Ross jak najszybciej ulotnił się z ulicy.
-________________
Właśnie po raz kolejny oglądam teledysk do Smile! Macie link
To jest cudowne!!!!!!
Co do dodatku, mam nadzieję, że będzie około 8-9 komentarzy. Miłego dnia. SMILE!!! <3

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 44.


NOTKA
*narrator*
Wielka sala. Ściany zielone. Meble, jeśli można tak nazwać stalowe ''pudła'', w których znajdują się zmarli. Ta sala to kostnica. Meble to chłodnie. Kostnica przy szpitalu. Właśnie wyznaczeni do tego ludzie wnoszą nosze z ciałem niedawno zmarłej Laury Marano. Śliczna ciemnowłosa dziewczyna. Była taka młoda. Jej zwłoki są wkładane do wyznaczonej chłodni. Widnieje tam liczba napisana markerem. ''13''. Jest zamykana. Ciało już się tam znajduje. A co z duszą? Właśnie, co dzieje się z naszą duszą po śmierci? Może do czasu pogrzebu wałęsa się po świecie, aby po pogrzebie przebywać do końca ze swoimi bliskimi na ziemi jako niewidzialne coś? Lecz teraz nie o tym. Mijają dwie godziny. Do kostnicy wchodzi nocny stróż. W końcu jest już późno. Barczysty mężczyzna siada na krześle obok jednej z chłodni. Wyciąga gazetę i zaczyna ją czytać. Nagle dzieje się coś niespodziewanego. Z jednej z 'lodówek' zaczyna dochodzić krzyk. Mężczyzna wstaje i po kolei sprawdza ponumerowane chłodnie. Otwiera również ''13''. Widok dogłębnie go przeraża...
* Oczami Rydel*
Wszyscy poszli już do swoich sypialni. Ja siedzę na łóżku, patrząc w wolne łóżko Laury. Pościel idealnie zaścielona. Na szafce nocnej leży telefon. Zablokowany. Ciekawe czy ktoś zna hasło. Ja w każdym razie nie. Leżałam na łóżku, patrząc w gwiazdy. Usłyszałam wibrowanie mojego telefonu. Zabrałam go z szafki i spojrzałam na wyświetlacz. Nieznany numer. Odebrałam.
R: Słucham?
X: Przepraszam, że zakłócam sen..
R: O co chodzi?
X: Doszło do niezwykłego wydarzenia. Proszę natychmiast przyjechać.
R: Już jedziemy!
Byłam zdziwiona. Ciekawe o co chodzi? To raczej coś poważnego, bo nie dzwoniliby w środku nocy. Wybiegłam z pokoju. Obudziłam prawie wszystkich. Jeszcze Ross. Weszłam do jego pokoju. Na  łóżku leżał mój brat. Obok niego była żyletka. Z nadgarstków sączyła się krew. Zawołałam resztę.
- Van, idź po jakieś bandaże!- krzyknęłam, a brunetka pobiegła po wskazany przedmiot.
Po chwili wróciła z całą apteczką. Ross był nieprzytomny. Nacięcia polałam wodą utlenioną. Założyłam blondynowi bandaże na obie ręce. Mieliśmy jechać do szpitala!
- Rocky, zostaniesz z Rossem w domu. My jedziemy do szpitala. Jakby co to dzwoń- poinformowałam i razem z Rikessą i Ellem pojechaliśmy w stronę szpitala.
 Wybiegłam z samochodu, gdy w końcu dojechaliśmy. Na korytarzu zaczepiłam lekarza.
- Pan dzwonił?- zapytałam
- Tak. Wydarzyły się nieoczekiwane zdarzenia. Proszę za mną- poinformował medyk.
Poszłam za nim. Reszta została na korytarzu. Zostałam zaprowadzona do białej sali. Wszystko było białe. Ugh jak ja nienawidzę szpitali! Na jedynym łóżku w tym pokoju leżała Laura. Spojrzałam pytająco na lekarza, a on wytłumaczył:
- Nasz stróż nocny usłyszał krzyki w kostnicy. Gdy otworzył chłodnię, w której leżała panna Marano, zobaczył, że żyje. Prawdopodobnie pomyliliśmy się w ocenie stanu pacjentki.
- Mój brat prawie się zabił, a to tylko przez to, że pomyliście coś?!- krzyknęłam
- Proszę nie krzyczeć. To cud, że panna Marano żyje. Była zmarznięta, więc teraz śpi. Proszę przyjść jutro.
 Nie mógł mi tego powiedzieć przez telefon?? Co za idiota! Najważniejsze, że Laura żyje. Ta dziewczyna to ma szczęście. Wybiegłam z sali. Zaprowadziłam resztę rodziny do samochodu. Z prędkością Lamborghini dojechałam do domu. Na razie nic nie mówiłam. W drzwiach stanął Rocky.
- I co?- zapytał
- Delly nam na razie nic nie powiedziała- odparł Rik
- Co z Rossem?- zapytałam
- Śpi- odrzekł Rocky.
Pokiwałam głową i usiadłam na kanapie w salonie. Obok mnie zaraz znaleźli się pozostali domownicy, prócz młodego blondyna.
- A więc, Laura żyje.- odezwałam się i opowiedziałam to, co mi przekazał lekarz
______________________________
Witajcie kochani! Dodałam dzisiaj, bo inaczej miałabym wyrzuty sumienia :>
Jak widać, nie musicie mnie mordować. Już dawno napisałam ten rozdział. Niestety, ja tak łatwo nie odpuszczam. Na razie nie zdradzę, ile będzie jeszcze rozdziałów. Ale teraz o niespodziance. Jako, że akcja w blogu dzieje się mniej więcej w sierpniu/wrześniu, postanowiłam napisać dodatek świąteczny. Ma kilka części, jest jeszcze nie skończony. Pierwszy dodam dzisiaj..tak wgl to po prawej stronie jest wszystko napisane :) Dziękuję za te wszystkie groźbo- komentarze. Dały mi dużo chęci do działania.  Zbyt zżyłam się z bohaterami. aby ich już likwidować. To nie znaczy, że kiedyś nie zginą :P
Z okazji świąt:
Dużo radości,
Rodzinnej atmosfery
Trochę miłości
Spełnienia wszystkich marzeń
Wspaniałych prezentów pod choinką
Mam nadzieję, że rozdział i dodatki się spodobają
Życzy Wam beznadziejna blogerka- Lauren Coolness
Super by było, gdyby każdy kto przeczytał ten rozdział, skomentował. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Widzimy się jutro <3

sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 43.

NOTKA!
- Mam dla was wiadomość. Przykro mi. - powiedział
-  Że co?- zapytała Delly
- Stwierdzono zgon. Kilka minut temu.- opanowanie lekarza przerażało moją siostrę.
Dopiero chwilę później dotarło do mnie. Laura nie żyje. Dlaczego? Jak ja mogłem na to pozwolić?! To nie może być prawda. Moja Lau.
* Oczami Rydel*
Gdy lekarz to powiedział, nie mogłam uwierzyć. Tyle razy wyszła z gorszego stanu. Jak mogła umrzeć? Nasza Laura. Co będzie z Rossem? Chyba musimy już iść do domu. Blondyn nadal siedzi ze wzrokiem utkwionym w nieistniejącym celu. Szturchnęłam go w ramię. Brak reakcji. Łzy spływały po jego policzkach. On ją kochał z całego serca. Nie będą się razem wygłupiać, śpiewać, tańczyć. Rzucać się mąką. Nawet spać w jednym pokoju. Laura była jego drugą połową. Idealnie się dopełniali. Ratowali. Dbali o siebie jak o nikogo innego. Nie założą razem rodziny, nie zestarzeją się wspólnie. Za kilka dni Laura będzie już w ziemi. Nigdy nie będą razem. Nie będą wspólnie szczęśliwi na zawsze. Razem z Rocky'm zaciągnęłam młodszego blondyna do samochodu siłą. Jadąc do domu, płakałam. Wszyscy płakali. Do domu weszliśmy w beznadziejnych nastrojach. Zawsze jednak okazywało się, że z tego wyjdzie. Nic jej nie będzie. Nic. Zawsze będzie z nami. Próbowałam sobie wmówić, że ona nadal żyje. Niestety, prawda była inna. Nie ma jej. Patrząc na Rossa, wyobrażam sobie blondyna tulącego Lau. Takich szczęśliwych, śmiejących się do siebie. Parę idealną. Nigdy nie zakochał się w dziewczynie tak prawdziwie. Zawsze były jakieś problemy. W końcu znalazł swój ideał. I wszystko musiało się spier*****. Taka jest prawda. Życie jest straszne.
*Oczami Rossa*
Minęły już dwie godziny, piętnaście minut i trzydzieści sekund, odkąd lekarz TO powiedział. Jak to możliwe? Zostawiła mnie. Odeszła. Straciłem ją. To moja wina. Gdybym nie zgodził się na ten idiotyczny pomysł z ponownym zderzeniem Van i Laury, byłoby dobrze. Jak mogłem się na to zgodzić? A może to sen? Zwykły koszmar. Jeśli tak, to chcę się z tego obudzić i przytulić moją Laurę.
- Ross?- Rydel zaczęła machać mi przed oczami ręką.
Spojrzałem na nią pytająco.
- Nie załamuj się. Jest tyle dziewczyn na świecie.
- Chyba nie wiesz co mówisz. Laura byłą wyjątkowa. Nie ma takiej drugiej na ziemi.- odparłem
- Chciałam jakoś podnieść cię na duchu. Tyle- wytłumaczyła blondyna
- Przepraszam.- powiedziałem.
- Nie możesz się załamać! Laura by tego nie chciała.
Może ma rację? Czy Lau chciałaby mnie widzieć w takim stanie? Raczej nie. Ale jak mam się wziąć w garść, jak właśnie umarła najważniejsza osoba w moim życiu?!
- Muszę na chwilę zostać sam- poinformowałem i zostawiłem Ryd w salonie. Wszedłem do swojego pokoju. Nasze gitary. One ocalały z katastrofy. Graliśmy na nich. Śpiewaliśmy. Podszedłem do gitary Lau. Nadal mam nadzieję, że zaraz podejdzie do mnie i zapyta, czy zagramy razem. Zaczniemy rzucać się poduszkami. Nadal mam nadzieję, że spojrzymy sobie w oczy. Nadal mam nadzieję, że opowie coś śmiesznego i usłyszę jak uroczo się śmieje. Nadal mam nadzieję, że pocałuje mnie, tak lekko i delikatnie. Nadal  mam nadzieję, że zaraz się pojawi. Nie pojawi się już nigdy. Jej spokojny głos. Nigdy nie pogodzę się z tym, że już nigdy jej ni będzie. Z moich oczu nadal leciały łzy. Nadal wierzę, że gdy się odwrócę, ona będzie tam stała. Podejdzie i najzwyczajniej w świecie przytuli. Tak zwyczajnie, a jednak niezwykle. Moje ciało ogarnie szaleństwo z ciepła rozchodzącego się wszędzie. Uśmiech, który zawsze pomagał goić się ranom i zapominać o przeszłości. Lau miała trudną przeszłość. Czy uczucie, które do niej czułem, to była miłość? Coś więcej, czy tylko przyjaźń? Przyjaźń chyba tak nie wygląda. Zauroczenie? Nie sądzę. To było to uczucie, dzięki któremu możemy zrobić wszystko. Coś więcej. Miłość. Bóg zabrał mi moją Lau. Może głupio postąpię, ale chcę się zobaczyć z Laurą. Tą jedyną w swoim rodzaju.
________________________________________________
Hej! Jak myślicie, co zrobi Ross?
Co się dzieje? Rozumiem, blog jest całkowicie beznadziejny, ale błagam! Pod ostatnim rozdziałem było 5 komentarzy. Pod niektórymi jest nawet 10. Co jest?  KOMENTUJCIE!
Przyjmę każdą krytykę :)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Rozdział 42

Ale mamy poważniejszy problem: jak spowodować, że dziewczynom przestanie odwalać?
- Hej, uspokój się- poradziła Raini.- Na pewno coś wymyślimy.
- Może by tak zderzyły się jeszcze raz, to im wszystko wróci na miejsce?- pomyślał na głos Cal.
- To nie jest taki głupi pomysł!- krzyknąłem
Wraz z Rikerem omówiliśmy plan. Zeszliśmy na dół. Stanęliśmy naprzeciwko siebie.
- Van chodź na chwilę!- zawołałem
- Laura!- krzyknął Riker.
Obie dziewczyny zbiegły na dół. Nessa, nieświadoma moich zamiarów, pobiegła, chcąc się we mnie wtulić. Kątem oka zobaczyłem Laurę. Miała ochotę przytulic Rikera. W ostatniej chwili razem z bratem gwałtownie odskoczyliśmy. W efekcie siostry Marano zderzyły się po raz drugi. Upadły z hukiem na ziemię. Położyliśmy je na kanapie. Godzinę później Van się obudziła. Ujrzała Rikera i wtuliła się w niego jakby go nie widziała od lat.
- Wiecie, miałam sen, w którym kochałam Rossa, a Lau Rikera. Głupie, nie?- odezwała się brunetka
Wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem.
-To było na serio- odparłem
Dziewczyna była bardzo zdziwiona. Wstała i poszła gdzieś z Rikiem. Mijały godziny, a Laura się nie budziła.
Zacząłem się o nią martwić. W jej przypadku mogło się stać coś poważniejszego niż tylko utrata przytomności. Zadzwoniłem na pogotowie. Przyjechali po kilkunastu minutach. Zabrali Lau, pozwolili mi z nią pojechać. Wybrałem numer do Rydel i powiadomiłem resztę domowników o pobycie Laury w szpitalu. Ryd powiedziała, że zaraz przyjadą. Czekałem niecierpliwie na jakiekolwiek informacje od lekarza. Historia lubi się powtarzać. Najwyraźniej. Na korytarz wbiegła Delly, Ellington, Riker, Van i Rocky.
- Masz jakieś info?- zapytał Rik
- Czekam- odpowiedziałem.
Każdy usiadł na krzesłach. Gdy minęło kilka godzin tylko ja nadal czuwałem. Rydel miała głowę opartą o tors Ella, który leżał na Rocky'm. Vanessa i Riker leżeli na podłodze wtuleni w siebie. Z sali wyszedł jakiś lekarz.Gdy zobaczył moje rodzeństwo, Ratliffa i Nessę rozłożonych na całym korytarzu, omal nie dostał zawału.
- Pan Lynch?- zapytał ze strachem w oczach.
- Tak. Niech ich pan nie budzi- poradziłem.
Wiem jak moja kochana siostra reaguje na przerwanie wypoczynku.
- Panna Laura jest w bardzo ciężkim stanie. Ma problemy z sercem i oddychaniem.
- Wyjdzie z tego?- odparłem z nadzieją
- Nie mogę teraz tego dokładnie stwierdzić.- odpowiedział mężczyzna.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, poszedł sobie. Postanowiłem obudzić resztę rodzinki. Najpierw udałem się do automatu z kawą. Kupiłem sześć mocnych kaw. Wróciłem do śpiących. Szturchnąłem Ella. Momentalnie się obudził. Spojrzał na leżącą na nim Delly.
- Chyba jednak będziesz miał dziewczynę- szepnąłem i puściłem mu oczko. Zostawiłem obok Ratliffa dwie kawy. Kolejne podałem Rocky'emu, Vanessie i Rikerowi. Szybko wypiłem swoją. Poczułem ciepło miło rozchodzące się po moim ciele. Kofeina uzależnia. Raczej Laura Marano uzależnia. Właściwie to tak. Zacząłem wspominać całą przeszłość. Czuję się, jakbym był coraz bliżej śmierci. Z transu wybudził mnie głos Rydel:
- Jak się czujesz?
- Nie wiem.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Wszystko będzie dobrze. Przeżyłeś razem z Lau tyle dziwnych i niecodziennych akcji. Nic was nie rozdzieli.- odparła blondyna i przytuliła mnie.
- Mam pytanie- odrzekłem
- Mów
- Dlaczego musiałem z Laurą wyjechać z LA?- zapytałem
Siostra chciała odpowiedzieć, ale przerwał jej lekarz.
- Rodzina Laury Marano?- zapytał
Przytaknęliśmy i wlepiliśmy oczy w lekarza
- Mam dla was wiadomość. Przykro mi. - powiedział
_________________________
Hej! Chyba zbliżamy się do końca.
Dzięki za 7 komentarzy, rozdział dodaję dzisiaj, bo akurat mam czas. Ostatnie kilka dni w tym roku łazić do szkoły! Potem będę mogła oddać się całkowicie pisaniu :>
Proszę o komentarze :>

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 41

- Razem z Van, która stoi przy swoim blondasie.- wytłumaczyła
- To jest nie sprawiedliwe- odezwał się Rocky. Spojrzeliśmy na niego pytająco- Jak są jakieś fajne dziewczyny, to od razu lecą na blondynów. A ja i Ell to co?
- Trzeba mieć szczęście, bracie- odparł Ross i poklepał Rockusia po plecach.
- Nadal nie daje mi spokoju jedno pytanie- powiedział Ell- Czy Laura i Ross są razem?
- Nie wiem- odpowiedzieliśmy jednocześnie- Jak to nie wiesz?
Znowu jednocześnie. Zarumieniłam się.
- To skomplikowane- odpowiedziałam
Nagle drzwi szafy otworzyły się i wypadłam na podłogę.
- Zabiję cię Riker!- powiedziałam zduszonym głosem.
- Stary! Czy chcesz, żeby ona znowu była w szpitalu?- zapytał retorycznie Ross- Laura, nic ci nie jest?
- Jeszcze  żyję- odrzekłam i spojrzałam mu w oczy.
 Zatonęłam w jego czekoladowych oczach. Po raz kolejny dzieliły nas milimetry. Zamknęłam oczy i chciałam dać ponieść się chwili. Przerwał nam Ratliff:
- Jak Rikessa się wszędzie całowała, to jeszcze się dało wytrzymać, ale wy? Ja tego nie przeżyję- Ell był bliski płaczu.
- Znajdź sobie dziewczynę- poleciłam, a Ross pomógł mi wstać.
Do pokoju weszła Vanessa. Pocałowała namiętnie swojego Rikusia. Ell zemdlał. Przebywanie w towarzystwie całujących się Rikera i Van nie wpływa dobrze na Ratliffa. Trzeba będzie wprowadzić plan swatania Rydellington. Blondynie też to wyjdzie na dobre. Jak na razie psychicznie zmienia się w swoich braci. To jest straszne.  I tak wszyscy wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem. Razem z ledwo żyjącym Ellingtonem zeszliśmy do kuchni. Zapach pizzy unosił się wszędzie. Rzuciłam się po leżące na podłodze opakowanie Margherity. Przypadkowo uderzyłam głową w głowę Van, która też miała ochotę na akurat tą pizzę. Przebiegł mnie zimny dreszcz, a świat zrobił się czarny.
*Oczami Rossa*
Podczas walki o pizzę, Van zderzyła się z Lau. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, ale obie siostry nie dawały znaku życia. Znowu się zaczyna. Razem z Rikerem podeszliśmy do nieprzytomnych sióstr.
- Żyją- odparł Ell, stając za nami.- Margherita dla wszystkich!
Zastanawiałem się, czemu ten idiota się drze. Zarówno Laura, jak i Vanessa usłyszawszy nawoływanie chłopaka wstały.
- Gdzie?- zapytały jednocześnie. Spojrzały na nas.
- Kochany Rossiu- rzuciła się na mnie Vanessa.
Że co? Laura zaczęła tulić i ściskać Rikera. A może one żartują?
- Spokój!- krzyknąłem, a obie dziewczyny zatrzymały się i uciszyły. - Możecie przestać nas wkręcać? Van, przecież ty kochasz Rikera, a nie mnie.
Z oczu brunetki zaczęły płynąć łzy.
- Ja nie chciałem..- zacząłem się tłumaczyć.
One nie żartują. Laura wtuliła się do Rika. Szczerze mówiąc, byłem zazdrosny. Gdy w końcu siostry Marano gdzieś wyszły, mogłem w spokoju podejść do brata.
- O co tu chodzi?- powiedzieliśmy jednocześnie.
- Mam przeczucie, że gdy obie Marano zderzyły się głowami, coś im się pomieszało co do was. Lau zamiast na Rossa, leci na Rika, a Nessa zamiast na swojego Rikusia, leci na Rossa- wytłumaczył Rocky
- Może im przejdzie?- zapytał z nadzieją Riker
- Nie zamierzam odbijać ci dziewczyny, bro- rzekłem
- Ja tobie też
- Laura nie jest moją dziewczyną- odparłem.
- Nie widzisz, co się z tobą dzieje, jak jesteś przy niej?- zapytała retorycznie Raini- Spinasz się
- Uśmiechasz- dodał Calum
- Rumienisz jak dziewczyna i jesteś szczęśliwy- dokończyła Rydel.
Chyba mają rację.
___________________
Hej!
Wiem, troszeczkę namieszałam :P
Jest szansa, że na święta uda mi się napisać dla was niespodziankę :P
Co myślicie o rozdziale? Proszę o komentowanie :)

wtorek, 9 grudnia 2014

Rozdział 40.

*Oczami Lau*
Przez dwa tygodnie szliśmy z Rossem do domu. Trwało to tyle, bo nie mieliśmy przy sobie żadnych pieniędzy. Wyglądamy jak zombie- to przez podarte ubrania. W końcu doszliśmy do domu. Zadzwoniłam dzwonkiem. Drzwi lekko uchyliły się. Stał w nich Rydel. Zbladła i zemdlała. Spojrzałam na Rossa, on na mnie. Podeszłam do Delly. Chyba nic jej nie będzie. Weszliśmy do naszego domu. Nikogo nie było.
- Halo!- krzyknęłam
Ujrzałam kilka bardzo dobrze znanych mi postaci. Van, Rik, Ell i Rocky. Gdy mnie zobaczyli stanęli w miejscu.
- Mam zwidy, czy oni tam stoją?- zapytał Ell
- To chyba ich duchy.- powiedział Rocky.- Nie podchodźcie!
Byli śmiertelnie poważni.
- Ross, oni myślą, że my nie żyjemy.- powiedziałam do blondyna.
- Hej! My naprawdę żyjemy- pomachał i przed oczami chłopak.
Vanessa zemdlała. Mają bardzo słabe nerwy.
- Jak mamy wam udowodnić, że to naprawdę my?- zapytałam
- Weź do ręki wazon- zaproponował Rik
Wykonałam polecenie.
- To naprawdę wy!- odparł Ell i podbiegł mnie przytulić. Uścisnął też Rossa. Pozostali zrobili to samo. Oprócz Ryd i Van, bo nadal leżały na ziemi. Razem z Rossem odstawiliśmy gitary i poszliśmy się ogarnąć. Wparowałam do łazienki Rydel. Zabrałam byle jakie ubrania Ryd. Wzięłam odświeżający prysznic. Założyłam przygotowane ubrania i zeszłam na dół. Chwilę później obok mnie znalazł się Ross. Nareszcie nie wyglądaliśmy jak zjawy. Weszliśmy do salonu.
Delly i Van odzyskały przytomność. Spojrzały na nas.
- W telewizji mówili, że nikt nie przeżył. Wytłumaczycie to?- zapytała blondyna
- W ostatniej chwili udało się nam znaleźć w bezpiecznej odległości od wraku.- wytłumaczył Ross. Ryd wstała i nas przytuliła. Po chwili dołączyła do niej Vanessa.
W końcu czułam się jak w prawdziwej rodzinie. Po tym wszystkim.
- To trzeba dzwonić po Cala i Raini!- krzyknął Rocky i zaczął klaskać w ręce szukając telefonu. Pogadał z nimi kilka minut i schował urządzenie do kieszeni.
- Kiedy będą?- zapytała Ryd
Usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- Już są!- uradował się Ell- Schowajcie się gdzieś!
To ostatnie było skierowane głównie do mnie i blondyna. Naszą kryjówką zostały drzwi, przez które właśnie wchodzili nasi przyjaciele. Ale z nas idioci.
- Hej- powiedzieli smutno.- Co chcieliście nam powiedzieć?
W tej chwili wyskoczyliśmy i objęliśmy Caluma i Raini. Cal pisnął przestraszony. Raini tylko odwróciła się i dała z liścia Rossowi.
- Sorki Ross- odparła- Wy żyjecie?
- No jak widać- odpowiedział za mnie najmłodszy z Lynchów.
Rani wtuliła się we mnie. No, w końcu rodzina w komplecie.
- Kto zamawiał pizzę?- zapytał Riker, wskazując na mężczyznę około trzydziestki, niosącego dwadzieścia kartonów pizzy. Riker otworzył drzwi.
- Riker Lynch?- upewnił się mężczyzna
- Tak.- wydusił Rik
Wszyscy uciekliśmy przed Lynchem płacącym za pizze do szafy.
- Kto to zamówił?- wiem, jestem zbyt ciekawska
- Ja!- zgłosiła się Rydel.
- Ty?- powiedzieliśmy chórem.
------------------
Cześć!
Nie mam kompletnie na nic pomysłu. Anonimku, jak zwykle zgadłaś, więc to tobie dedykuję ten beznadziejny rozdział. Prosze każdego o skomentowanie. Błagam :) <3

sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 39.

*Oczami Rydel*
Szkoda, że Ross i Lau musieli wyjechać. To dla ich dobra. Z nudów włączyłam telewizor. Były jakieś wiadomości. Pogłośniłam.
- Katastrofa samolotu lecącego z Los Angeles do Miami. Nie ustalono, czy ktoś przeżył. Wiemy jednak, że zderzenie z ziemią nastąpiło w okolicach Miami, na otwartej przestrzeni. Lot samolotu zakłócili przestępcy, którzy opanowali samolot i zastrzelili pilotów. Gdy dowiemy się więcej, poinformujemy państwa w następnym serwisie o  godzinie 18:00- powiedziała reporterka.
Zamarłam.
- Chodźcie tu wszyscy- zawołałam.
Domownicy przyszli chwilę po moim wołaniu.
- Jest taka jedna rzecz. Samolot, którym lecieli Lau i Ross uległ katastrofie. Nie wiadomo, czy ktokolwiek przeżył- zaniosłam się płaczem.
- Cco?- zapytała Van i wtuliła w Rikera.
 Podeszli do mnie Rocky i Ell. Przytulili mnie. Nie mogę w to uwierzyć. Próbowałam dodzwonić się do Lau lub blondyna, bez skutku. Historia lubi się powtarzać. Nasi i Van rodzicie zginęli w taki sam sposób. Ross był najmłodszy. Miałam się nim zająć. Zawiodłam wszystkich. A Laura? Była dla mnie jak siostra. Ta para byłaby idealna razem. Dopełniali się, pocieszali. Opiekowali się sobą nawzajem. Bez nich nic nie będzie takie samo. Siedzieliśmy w ciszy.
*Oczami Laury*
Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Trzymałam za rękę Rossa. Chyba spał. Przyjrzałam się okolicy. Wokół mnie pali się samolot!
Szturchnęłam Rossa.
- Ross! Pobudka! Bo zaraz zginiemy- krzyknęłam mu do ucha.
Wstał natychmiastowo. Ja nie umiałam wstać.
- Zostaw mnie, idź- powiedziałam
- Nie zostawię cię tu- odparł.
Wziął mnie na ręce i pobiegł jak najszybciej w stronę jakiegoś lasu. Jakimś cudem leżały tam nasze gitary. Gdy byliśmy już dosyć oddaleni, samolot wybuchł. Uratowaliśmy się w ostatnim momencie.
- Nasze gitary!- odrzekłam
- Skąd one się tu wzięły?- odezwał się chłopak. - Lepiej chodźmy stąd. Jak nas wszyscy zaczną szukać to będzie źle. Idziemy w stronę Los Angeles
Cudem udało mi się wstać z ciemnozielonej trawy. Chwiejąc się, zabrałam gitarę i razem z Rossem poszliśmy w stronę najbliższej cywilizacji.
*Oczami Rydel*
Dochodzi 18. Zaraz kolejny serwis informacyjny. Może dowiemy się czegoś więcej.
- Witamy państwa z serwisie informacyjnym. Mamy nowe informacje dotyczące dzisiejszej katastrofy samolotu w okolicach Miami. Więcej opowie nasza reporterka- powiedział prowadzący.
- Witam. Na miejscu wypadku ustalono, że nikt nie przeżył. Same resztki ciał. Wszystko uległo samozniszczeniu podczas ostatecznego wybuchu. Rodzinom ofiar składam szczere kondolencje.
Wyłączyłam telewizor. Jednak nie żyją. A miałam taką nadzieję, że akurat oni przeżyją i wrócą do domu cali i zdrowi. To moja wina. Nie powinnam pozwolić im wyjeżdżać. Mieli przed sobą całe życie, a ja to zniszczyłam.
*Dwa tygodnie później, nadal oczami Rydel*
Nadal nie mogę pogodzić się z tym, że ich już nie ma. W salonie spędzam większość czasu. Moje życie straciło sens. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Jak zawsze nikt nie chce otworzyć. Co za ludzie! Leniwie podniosłam się z fotela. Ruszyłam do drzwi.
____________________
Hejka!
W końcu sobota :3
Za wszystkie życzenia urodzinowe bardzo wam dziękuję :) :*
Dzisiaj życzę wszystkim udanych Mikołajek! :>

PS: Proszę o komentowanie :D

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 38.

Odprawa była znośna. Skierowaliśmy się do samolotu. Sprawdziłam nasze bilety.
- Uff, siedzimy obok siebie- odparłam
- To dobrze- powiedział blondyn i weszliśmy do samolotu.
 Usiedliśmy na naszych miejscach. Przez ponad pół godziny słuchałam krzyczenia, wołania i przepychania się innych pasażerów. Masakra. Włożyłam do uszu słuchawki. Puściłam muzykę jak najgłośniej. Z torebki wyjęłam książkę. Zaczęłam ją czytać. Miałam pomyśleć! Jesteś tam? Jestem. Jak myślisz, co nam mogło grozić w LA? Jesteście niepełnoletni. Może chodzi o jakąś grubszą aferę. Gdyby była to błaha sprawa, nie musielibyście wyjeżdżać. Tyle to wiem. Dużo się zmieniło. Ile już minęło od czasu spotkania Lynchów? Dzisiaj jest 9 lipca. Poznałaś ich na początku czerwca. Minął ponad miesiąc. Tyle się wydarzyło. Te wszystkie wypadki. Było dużo świetnych chwil. Tych gorszych też. Wydaje mi się, że spotkanie z nimi rozpoczęło nowy rozdział w moim życiu. Zmieniłaś się. Masz przyjaciół- rodzinę, najlepszego przyjaciela, który siedzi obok. Dokładnie.
- Ross?
- Tak?- zapytał blondyn
- Pamiętasz jak się poznaliśmy?- odpowiedziałam pytaniem
- No pewnie. Wpadłem na ciebie, rozdzierając ci przypadkowo skórę na ręce. Potem pojechaliśmy do nas, okazało się, że jesteśmy sąsiadami. Dowiedzieliśmy się, że mamy dużo wspólnego. Potem ktoś podpalił wasz dom. Zaatakował cię David. Było jeszcze dużo wypadków. Rikessa. Całkiem niedawno poznanie Raini i Caluma. Pokonanie twojej fobii. W ostatnim czasie groźby, pobicie, twoja ucieczka i nasz przymusowy wyjazd. I jesteśmy w tym momencie. Co jeszcze może się zdarzyć? Dużo przeżyliśmy. Jestem pewny, że możemy sobie bezgranicznie ufać.- Ross zakończył swój monolog.
- Gdy to opowiadałeś, przypomniałam sobie to wszystko. To aż niemożliwe, żeby w ciągu miesiąca tyle się wydarzyło.- odparłam
- Ale tak było
- Pamiętasz spanie w kartonach?- zapytałam, śmiejąc się
- Jak można by to zapomnieć? Wściekła królowa Delly i jej świta- odrzekł blondyn.
 Zaczęliśmy się niepohamowanie śmiać.
- Ręce do góry! Żadnych gwałtownych ruchów, bo zastrzelę!- krzyknął jakiś mężczyzna, idąc po pokładzie.
- Znowu się zaczyna- powiedziałam do Rossa i złapałam go za rękę.
 Dlaczego akurat nas to spotyka?
Napastnik podszedł do nas.
- Ty! Pójdziesz ze mną!- powiedział i pociągnął mnie za rękę.
Mimowolnie puściłam dłoń blondyna. Co on mi zrobi? Zaprowadził mnie do pomieszczenia z bagażami. Związał mi ręce i nogi. Usta zakleił taśmą. Obok mnie nie było nikogo. Mężczyzna wyszedł z pomieszczenia. Przez moje ciało przeszły dreszcze. Szkoda, że nie ma tu Rossa. Przynajmniej umiałby mnie pocieszyć. Mam nadzieję, że nie będzie próbował się bić z tymi ludźmi. Nie chcę go stracić. Terroryści w samolocie. Nic gorszego nie mogło mnie spotkać. A jeśli tu wrócą i mnie zabiją? Już nigdy nie zobaczę Rossa, Vanessy, Rydel, Ellingtona, Caluma, Raini, Rikera i Rocky'ego. Nie pomogę Ryd i Ellowi być razem. Nie zagram na gitarze. Nie zaśpiewam z Rossem najgłupszej piosenki na świecie. Nie powiem mu, ile dla mnie znaczy. Czy ja go kocham? Czy on jest dla mnie tym jedynym? Czuję się przy nim bezpiecznie. Gdy mnie przytula, czuję rozchodzące się ciepło. Jeśli on nie czuje tego samego? A jeśli czuje to samo, czy mamy szansę być razem? Raura forever together. Dziwnie to brzmi.
Moje przemyślenia przerwało nagłe przechylanie się samolotu. Co się dzieje?? Nie mogłam wezwać pomocy, bo niby jak? Mam zaklejone usta. Usłyszałam kroki. Zobaczyłam Rossa. Podszedł, rozwiązał mi ręce i nogi, oraz odkleił tą przeklętą taśmę.
Od razu go przytuliłam.
- Gdzie są terroryści?- zapytałam
- Zabili  jednego z pilotów. Drugi ledwo żyje. My spadamy! To może być nasz koniec. - powiedział smutno blondyn.
- Skoro to już koniec, chcę ci coś powiedzieć.- poinformowałam
- Ja tobie też- odparł Ross
- Uświadomiłam sobie, że nie umiem bez ciebie żyć. Kocham cię- odrzekłam i czekałam na jego reakcję.
- Chciałem ci powiedzieć to samo- odezwał się blondyn.
Złapałam go za rękę. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Dzieliły nas milimetry. Delikatnie go pocałowałam. Zrobił to samo. Poczułam to, czego nie czułam nigdy. Uczucie nazywane miłością. Nasz pocałunek trwał około minuty. Dla mnie była to cała wieczność.
Gdy wróciłam do rzeczywistości, zdałam sobie sprawę, że  i tak nie przeżyjemy. Samolot spada. Wtuliłam się w Rossa. Czekaliśmy na najgorsze. Chwilę później nastąpiło zderzenie z ziemią...
-----------------------------
Heeeej!
Rozdział troszkę się opóźnił, ale chciałam go dodać akurat dzisiaj. Może to głupie, ale dzisiaj kończę 14 lat! Oł je :P I akurat taki rozdział <3 Warto było czekać? :D Dzięki, że jesteście
PS: Anonimku, dzięki za taki fajny komentarz, czytałam go kilka razy :P Niestety, Laura i Ross już wyznali swoje uczucia, mam nadzieję, że mnie za to nie udusisz, że tak szybko :P Ale zapewniam Cię, że przez kolejne 20 rozdziałów dużo się wydarzy :>
Spadam do szkoły, paa :*