niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział 52

- Witam. Ma pani predyspozycje. Możesz zacząć od jutra.- powiedział grubym głosem.
- A mogłabym od pojutrza? Jutro idę na wesele...- poprosiłam
- Oczywiście. Pojutrze o 8.00. To chyba wszystko. Żegnam- odparł i wrócił na zaplecze.
Lekko się ukłoniłam i wyszłam z przyszłego miejsca pracy. Nie mogę całe życie nic nie robić. Ta praca wydaje się lekka, łatwa i przyjemna. Będę kelnerką w tej kawiarni. Nie jest źle.
*w tym samym czasie, Vanessa*
Wybiegłam z pokoju pełna radości. Riker spojrzał na mnie pytającym wzrokiem
- Dostałam tę rolę!- krzyknęłam i pocałowałam chłopaka.
- To świetnie!- powiedział
- A jak tam twoja praca?- zapytałam
- Dostałem ją. Zaczynam od pojutrza.- uśmiechnął się.
Trzymając się za ręce udaliśmy się do samochodu.
*oczami Laury*
Wróciłam do domu w dobrym humorze. Co prawda, przeze mnie Rossa nie ma, zniszczyłam  sobie związek i straciłam najlepszego przyjaciela, ale co jeszcze mogę zrobić? Nagle do salonu wpadła Rikessa.
- Mamy pracę!!- krzyknęli jednocześnie.
- Fajnie- odparłam
Zadzwonił telefon Vanessy. Odebrała. Rozmawiała chwilę, dłuższą chwilę, aż Riker nie wytrzymał i usiadł obok mnie.
- Jak się trzymasz? Wiem, Ross zachował się jak idiota- powiedział
- Nie jest źle. To nie jego wina. To ja jak zawsze zawaliłam. Ale co mogę jeszcze zrobić?- zapytałam
- Jak w końcu się ogarnie i przyjedzie, to sobie pogadacie i będzie okey, hm?
- Będzie okey- pokiwałam głową i lekko się uśmiechnęłam.- Dzięki, Rik
W tej chwili Nessa skończyła rozmawiać przez telefon. Jej twarz pobladła.
- Co się stało?- zapytałam
- Jjja, mmmuszę..- zaczęła się jąkać- wyjechać do Londynu.
Że co?
- Co?!- krzyknęliśmy jednocześnie ja i Riker
- Przepraszam- odpowiedziała i już chciała wyjść, gdyby nie moje pytanie:
- Kiedy?
- Pojutrze. O 6:00 mam samolot.- odrzekła.
Pokiwałam głową i wróciłam do rozmyślań.
*następny dzień, nadal oczami Laury*
Obudziłam się przez krzyk. Powtórka z rozrywki.. Wstałam, przecierając oczy. To Rydel. Czemu jestem mokra? No tak. Delly zastosowała budzenie ostateczne- krzyk i lodowata woda. Pobiegłam do łazienki, wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż i założyłam sukienkę na ślub. Wyglądała tak:

Była całkiem ładna. Do sukienki ubrałam czarne koturny i byłam gotowa. Zabierając torebkę, zeszłam na dół. Wszyscy zwrócili się w moją stronę. Znowu.
- Wyglądasz zjawiskowo- odezwała się pierwsza Rydel, aby przerwać tę niezręczną ciszę.
- Wow!- krzyknął Rocky.
- Super..- odparli Ell i Van
- Szkoda, że Ross tego nie widzi..- skomentował Riker.
- Dzięki.- odrzekłam
- Mamy jeszcze trochę czasu, ale lepiej już jechać. Ja, Rocky i Ell; Vanessa z Rikerem i Lau- powiedziała generał Rydel.
Wpakowałam się do auta Van na tylne siedzenie. Obok mnie usiadł Riker. W drodze do pałacyku, w którym miało się odbyć wesele, pogadałam sobie z siostrą i blondynem, co podniosło mnie na duchu.
Dojechaliśmy po kilkunastu minutach.
-----------------------
Hej!
Rozdział nudny jak flaki z olejem, ale brak weny trwa. Jutro znowu szkoła ugh.. jeszcze tydzień i ferie :)
Dzięki za wszystkie komentarze.
Proszę każdego, kto przeczyta, o skomentowanie :) Miłego wieczoru :D

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 51

Teraz zrozumiałam. Czemu tak na niego nakrzyczałam?
''Z nami koniec, z nami koniec, z nami koniec''- odbijało się w mojej głowie niczym echo. Nie zanikało, tylko się nasilało. Zalałam się łzami. Co ja zrobiłam!! Ross chciał pomóc, a ja jak zwykle wszystko zniszczyłam. Miałam idealnego chłopaka, który teraz pewnie mnie nienawidzi. Umiem zniszczyć wszystko. Rozwaliłam związek, wraz ze związkiem również przyjaźń. Jestem kompletną s***.  Jak mogłam nazwać go... Nie chciałam tego powiedzieć. I dodatkowo powiedziałam, że go nienawidzę. Wcale tak nie myślę. Ja go kocham. Tylko przy nim czuję się tak bezpiecznie. Tak dobrze. Tak szczęśliwa? Tak szczęśliwa. Nie wszystko stracone. Ale przed chwilą wszystko zniszczyłam. Nic w życiu nie dzieje się przypadkiem. Zawsze jest nadzieja. Dla mnie nie ma już nadziei.
*Oczami Rossa*
Mam tego dość. Laura naprawdę tak myślała? Nic z tego nie rozumiem. Zostawiłem motor w jednym z garaży obok hali i pojechałem na lotnisko. Muszę to wszystko przemyśleć.
*Oczami Rydel*
Po kłótni i zerwaniu dwóch najbardziej przeznaczonych sobie osób, Laura zamknęła się w pokoju, a Ross pojechał gdzieś na motorze, który nie wiem kiedy znalazł się w garażu.
Raz gdy się pokłócili, skończyło się to wizytą w szpitalu. Lepiej, żeby nie było tak tym razem. Nie myśl o tym Rydel. Tak nie może być i amen. Nie zgadzam się po raz kolejny patrzeć na któreś z nich cierpiące.
Martwię się o nich. Są sobie przeznaczeni. To nie przypadek, że spotkali się na tym wyścigu. Usłyszałam sygnał nadchodzącego sms-a. Odblokowałam  telefon, w celu przeczytania wiadomości.
Od: Ross
Wyjeżdżam. Muszę wszystko przemyśleć. Pozdrów Rika, Ella, Rocky'ego i Van. Pa xx
Że co?? Pobiegłam do salonu. Wspomnieni w sms-ie siedzieli i oglądali jakiś idiotyczny serial.
- Wyłączcie telewizor. Teraz!- zwróciłam na siebie uwagę.
Rocky z niechęcią wykonał moją prośbę.
- A więc- zaczęłam- Ross was pozdrawia..
- Fajnie- uradował się Ell
- Zamknij się. Nie skończyłam- odparłam- Ross wyjechał, bo musi sobie wszystko przemyśleć. Nie wiem gdzie, nie wiem do kiedy. Ja tego nie wytrzymam. Czemu oni po prostu nie mogą być razem szczęśliwi?
Łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Zamknęłam oczy i poczułam, że ktoś mnie przytula. Uchyliłam powieki i zobaczyłam Ratliffa.
Usłyszałam kroki na schodach. Otworzyłam całkowicie oczy i ujrzałam zapłakaną Laurę, schodzącą po schodach. Wszyscy zwróciliśmy się w jej stronę.
- Wiem, wszystko jest moją winą, ale dostałam ważnego sms-a- powiedziała
- Od Rossa?- zapytał Rocky
- Nie. A coś mu się stało?- zapytała z lekkim przerażeniem
- Nieważne. Nic mu nie jest. A teraz mów co z tym sms-em- doradziłam
- Mama Raini żeni się z jakimś kolesiem. Jesteśmy zaproszeni na ślub. Tyle- odparła
- Kiedy?- zapytaliśmy równocześnie
- Za dwa dni. Mieliśmy być wszyscy.- spuściła głowę i poszła na górę, prawdopodobnie do pokoju.
- Yeahh! Pojedziemy na wesele!- krzyknął uradowany Rocky
- To był długi i ciężki dzień. Za dużo wrażeń. Pójdźmy lepiej spać- poradził Riker i wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Gdy wróciłam do siebie, Laura już spała.
*następny dzień, oczami Laury*
Obudziłam się wcześnie, jak na mnie. Była 8:39. Szlag! O 9:00 mam spotkanie w sprawie pracy. Szybko ogarnęłam się i wybiegłam z domu, udając się pod wskazany adres. Gdy weszłam do środka, była 8:58. Zdążyłam. Z zaplecza wyszedł otyły mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni. Miał czarne włosy i ciemne oczy. Był ubrany w zgniłozielony garnitur, podkreślający jego tuszę. Delikatnie się uśmiechnęłam.
- Dzień dobry. Ja w sprawie pracy- przywitałam się
____________________________
Hej, wybaczcie, że tyle trzeba czekać, ale ja już nie wyrabiam. Dzisiaj miałam 9 lekcji, to kompletnie odmóżdża. Do tego projekt edukacyjne, sprawdziany i zadania, Przepraszam.
KOMENTUJCIE- ZNIOSĘ KAŻDĄ KRYTYKĘ

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 50.

Nietoperz.
- Nietoperz! Weźcie go ze mnie!- wybiegłam z namiotu próbując zdjąć z siebie to stworzenie.
 Wszyscy powychodzili z namiotów. Zamiast mi pomóc, gapili się na mnie jak na idiotkę. Co za rodzina! Podbiegł do mnie Reno, przewracając przy okazji Rossa, który po chwili znalazł się w błocie. Hahaha. Mój mądry pies zaczął szczekać. Jakimś cudem nietoperz uwolnił się z pułapki moich włosów i odleciał.
- Dzięki Reno!- przytuliłam pupila.
Pies najlepszym przyjacielem.
- Szczerze, ja mam dość tego całego obozu. To jest istna masakra- odezwał się Rocky
- Rano wracamy do domu- poinformowała Rydel
No i fajnie. Razem z przyjacielem-psem weszłam do namiotu i zasnęłam wtulona w Rena.
*~* Rano
Gdy się obudziłam, Rossa nie było w namiocie. Ciekawe czy już wyszedł z nieoczekiwanej kąpieli błotnej. Przeciągnęłam się niczym kot, spakowałam swoje rzeczy i zaniosłam torbę do bagażnika. Reszta przyjaciół oprócz mojego blondyna spożywała śniadanie. Dosiadłam się do Rydel i Van i  zaczęłam jeść posiłek. Kanapki zawsze spoko. Postanowiłam spakować rzeczy blondyna i poskładać namiot. Ross miał dwa razy więcej rzeczy. Udało się! Z pomocą Rikera złożyłam namiot i włożyłam go do samochodu Van.
- Za pięć minut wszyscy w autach!- powiedziała Rydel- Gdzie jest Ross?
Odpowiedziała jej cisza.
- Zmiana planów: szukamy Rossa!- krzyknęła blondyna.
Wpadł mi do głowy pomysł.
- Reno, do nogi!- odparłam.
Po chwili pies czekał na dalsze instrukcje siedząc na trawie
- Szukaj Rossa- rozkazałam.
Reno zaczął węszyć. Chwilę później zaczął biec w kierunku wierzby. Pobiegłam za nim. Zatrzymał się przy drzewie. Leżał tam blondyn. Spał. Urocze.
- Ross! Wstawaj! Zaraz jedziemy!- krzyknęłam chłopakowi prosto do ucha.
- Okey- wstał i pocałował mnie w policzek.
Zabrał mnie na ręce i skierował się w stronę samochodu. Reno cierpliwie szedł za nim. Wpakowaliśmy się do auta. Miejsce między mną a Rossem zajął pies. Pogłaskałam go [psa], włożyłam do uszu słuchawki i zaczęłam słuchać muzyki.
*~*
Gdy wychodziłam z samochodu po zakończonej podróży do kochanego domu, dzięki mojemu ''szczęściu'' potknęłam się o kamień. Jak zwykle, upadłam. Prawa kostka zaczęła mnie niemiłosiernie boleć. Dlaczego ja? Tradycyjnie, Ross, Rydel i Rocky od razu podbiegli do mnie i zaczęli pytać czy nic mi nie jest:
- Lau? Nic ci nie jest?- zapytała Ryd
- Kostka....- odezwałam się.
- Ross, zanieś ją do salonu.- rozkazała blondynowi Delly
Nie sprzeciwiłam się. W salonie Ryd założyła mi na kostkę opaskę elastyczną. Ból trochę ustąpił. Obok mnie pojawił się zafascynowany nowym domem Reno, który merdał przyjaźnie ogonkiem. Postanowiłam pokazać mu pokój mój i blondyny.
- Idziemy Reno- poinformowałam, a mój kochany piesio wstał, gotowy na krótki spacerek.
- Laura, zanieść cię? Dobrze się czujesz? Nie powinnaś tyle chodzić!- powiedział Ross.
W zasadzie, miałam dość. Miałam dość tego całego matkowania i zajmowania się mną jakbym była małym dzieckiem. Zaczęłam drżeć ze wściekłości.
- Nie musisz się o mnie tak martwić! Ja nie mam pięciu lat! Mam tego dość! Daj mi spokój!- krzyknęłam
- Dobrze! W takim razie z nami koniec!- równie głośno odezwał się blondyn.
- Ty ...( niecenzuralne słowa). Nienawidzę cię!- odpowiedziałam.
Wściekła poszłam na górę, do pokoju. Weszłam do pomieszczenia, gdy wszedł  też Reno, zatrzasnęłam drzwi.
_____________________
Jak widać szczęście nie może trwać długo.
Rozdziały będą nieregularnie, bo mam straszny nowy plan, np. w środę 9 lekcji, a w piątek 8. Po prostu masakra. Do tego weny kompletnie mi brak, a dzisiaj znowu jade do koleżanki robić projekt z chemii. Sashy- zdjecie Rena jest pod poprzednim rozdziałem
KOMENTUJCIE! :)

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 49

Zanim się zorientowałam, Ross zabrał mnie na ręce i poszedł w stronę jeziora. Mocno się w niego wtuliłam, nie mam zamiaru znowu się topić. Wszedł ze mną do wody. Poczułam ukojenie, cały ból zniknął. Spojrzałam w oczy blondyna. Dzieliła nas minimalna odległość.
- Czy wy na serio musicie to wszędzie robić?- powiedział Ellington
Kątem oka popatrzyłam  na Rossa i oblana rumieńcem zaczęłam przyglądać się swoim stopom, które nadal były w wodzie.
- Awww, jak słodko!- odezwała się Rydel, wychodząc zza krzaków.

Oni wszyscy nie mają swojego życia? Wybiegłam z wody jak najszybciej i ruszyłam w stronę obozu. Usłyszałam pisk któregoś z chłopaków. Ratliff przebiegł obok mnie i schował się w najbliżej stojącym namiocie. Obróciłam się w stronę z której biegł chłopak. Zza drzew wychyliła się głowa wielkiego, czarno-białego psa. Podszedł do mnie niepewnie. Miał zranioną łapę, z której ciekła krew.
- Spokojnie mały. Wszystko będzie dobrze.- powiedziałam spokojnie.
- Laura, odsuń się!- krzyknął Riker
- Ogar Rik- odparłam
- Chodź, Reno- odrzekłam- Już masz imię
Uśmiechnęłam się do kudłatego stworzenia. Śliczny piesek. Opatrzyłam jego ranę i dałam mu do zjedzenia kanapkę. Był bardzo zadowolony.
- Yyy, Laura. Co. To. Jest?- zapytał Ross, podchodząc niepewnie.
- Hej Ross, to jest Reno. Reno, poznaj Rossa, mojego chłopaka.- powiedziałam
Blondyn podszedł do psiaka, a ten polizał go po twarzy.
- Uroczy.- stwierdził- Ale nie boisz się go?
- Ani trochę- odpowiedziałam- Co ja z nim zrobię? Przecież do domu nie możemy go zabrać.
Posmutniałam. Spojrzałam na Rena. Miał podobny humor do mnie. Położył głowę na moim kolanie i zrobił maślane oczy.
- Co to jest?!- krzyknął Rocky.
Następny z rodzinki.
-Mój pies. Niegroźny, prawda Reno?- zapytałam, a pies pokiwał głową.
Tak jakby mnie rozumiał. Może rozumie? Szkoda, że nie mogę go przygarnąć.
*oczami Rossa*
Laura przywiązała się do tego zwierzaka. Żal mi jej. Chyba wpadłem na genialny pomysł!
- Rydel!- krzyknąłem
- Tak?- odezwałam się blondyna
- No bo, Laura znalazła psa i czy moglibyśmy..- zacząłem
- Zabrać go do naszego domu? Jeśli dzięki temu będziecie szczęśliwi, to okey- powiedziała Delly
- Dzięki- przytuliłem Rydel.
Trzeba powiedzieć Laurze. Siedziała w tym samym miejscu co przedtem i rozmawiała z czarno-białym zwierzakiem.
- Lau, mam dobrą wiadomość- odezwałem się. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę- Reno może z nami zamieszkać. Załatwiłem to z Ryd.
Ciemnowłosa szczerze się uśmiechnęła. Chwilę później była już we mnie wtulona. Lepszej dziewczyny nie ma na tym świecie. Laura jest idealna. Następna noc mijała spokojnie. Do czasu.
*oczami Laury*
Spałam na torsie Rossa, dopóki nie poczułam czegoś we włosach. To na pewno nie był Ross. Wyciągnęłam lusterko i się przejrzałam. Aaa!
_________________________________
Hej!
Ach, ten wakacyjny klimat... Jak ja tęsknie za wakacjami!
Nie wiem czy next pojawi się we wtorek, bo mam cały przyszły tydzień zawalony kartkówkami i sprawdzianami. Wybaczcie ;)
Jak rozdział? Komentujcie!
:D PS: Jeśli czytacie, zagłosujcie w ankiecie, to dla mnie istotne :D
Dla Sashy, tak wygląda Reno :P
Reno :)


wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 48.

Obudziły mnie jakieś krzyki. Historia się lubi powtarzać. Ross dalej spał. Wyszłam z namiotu w celu rozprostowania kości. To, co zobaczyłam tak mnie rozśmieszyło, że zaczęłam się zwijać ze śmiechu. Rocky uciekał przed czymś. To  były chyba komary. Chłopak pobiegł i wskoczył do jakiegoś stawu. Zajrzałam do innych namiotów. Rikessa słodko spała, a Rydel z Ratliffem byli w siebie wtuleni. Zrobiłam zdjęcia i schowałam telefon do kieszeni spodenek. Postanowiłam znaleźć jakieś zaciszne miejsce, na przemyślenia. Zobaczyłam przed sobą ogromną wierzbę. Weszłam między liście i usiadłam, opierając się o drzewo. Lekki wiatr unosił moje włosy. Na pewno śmiesznie to wyglądało. Może zrobisz śniadanie dla rodzinki? To nie jest takie głupie. Udałam się do naszego obozu i przygotowałam stos kanapek z serem i pomidorem. Rocky przestał uciekać przed komarami i zaczął spożywać śniadanie. Z namiotów wyszła reszta śpiochów. Złapałam Rossa za rękę i pocałowałam w usta. Usiedliśmy obok siebie. Coś mi tu nie pasuje. Podniosłam głowę, a tam? Reszta domowników gapiła się na nas jak na UFO.
- Co?- zapytałam
- Wy jesteście razem?- odpowiedziała pytaniem Rydel
- Tak. Chciałam wam powiedzieć wczoraj, ale mi przerwałaś- uśmiechnęłam się do blondyny.
Wszyscy zaczęli nam gratulować. Szczerze- głupio się czułam.
- To teraz chrzest nowej pary!- krzyknął Riker i razem z Ellem i Rocky'm zaczęli do nas podchodzić. Poczułam się jak w filmie o kanibalach. Rocky wziął mnie na ręce i pobiegł w stronę jeziora.
- Zostaw mnie idioto!- krzyczałam i waliłam chłopaka pięściami. A on nic. Biegł dalej. Po chwili poczułam lodowatą wodę na całym ciele. Obok mnie leżał mokry Ross. Zaczęliśmy się śmiać. Rydel i Van przyniosły ręczniki i owinęły mnie nimi. Na pewno wyglądam jak mumia. Gdy Rydel, Van, Ell, Rocky, Riker i Ross poszli się przebrać w stroje kąpielowe, postanowiłam pójść pod wierzbę. Wdrapałam się na drzewo i poczułam lekkość. Dobrze zrobiłam, że zgodziłam się być z Rossem? Kochasz go, a on ciebie. Proste. No niby tak. Usłyszałam kroki. Ktoś przechodził obok wierzby.
- Laura, czemu nie idziesz z nami się wykąpać?- zapytał powietrze Ross.
Chyba wie, gdzie jestem.
- Przecież nie umiem pływać- odparłam
- Proszę, chodź.- poprosił chłopak.
- No okey- odpowiedziałam i zeskoczyłam z gałęzi prosto w ramiona mojego chłopaka.
Zatonęłam w jego czekoladowych oczach.
- To idziemy?- odezwał się lekko zmieszany blondyn
Przytaknęłam i poszliśmy, trzymając się za ręce. W namiocie przebrałam się w miętowy dwuczęściowy strój  kąpielowy. Wyszłam z namiotu w dobrym nastroju. Wszystkie pary oczu zwróciły się na mnie.
- Ślicznie wyglądasz- powiedziała Rydel
- Musisz częściej tak chodzić- odezwał się Rocky
Ross posłał mu mordercze spojrzenie.
- Jesteś piękna, wiesz?- odparł Ross, wyłaniając się zza moich pleców.
Mocno go przytuliłam i udałam się w stronę wody, gdzie po chwili znalazła się cała rodzinka. Pół godziny później wszyscy byli mokrzy i jednocześnie na maksa szczęśliwi. Postanowiłam sprawdzić, czy nie dostałam jakiś wiadomości od Cala lub Raini. W tym celu ruszyłam na poszukiwania telefonu. Nagle ktoś na mnie wpadł i przewrócił do pokrzyw.
- Aaaaa!- krzyknęłam- Rocky?
- Yhym- odparł zdezorientowany chłopak.
- Laura, nic ci nie jest?- zapytał Ross, który pojawił się tu znikąd. Podał mi rękę, którą  złapałam. Delikatnie wstałam. Spojrzałam na swoje ciało. Wszędzie były czerwone plamki. Piekielnie swędziły.
- Rydel!- krzyknął blondyn
- Czego?- zapytała zdziwiona Ryd
- Jakie jest lekarstwo na pokrzywy?- zapytał chłopak
- Woda. Trzeb wejść do wody- wytłumaczyła Delly.
Zanim się zorientowałam...
____________________________________
Stwierdzam, że to jak najbardziej pozytywny rozdział. Ach te wakacje... i komary :P
Stworzyłam zakładkę Pytania. Pytajcie tam o co chcecie :)
KOMENTUJCIE ROZDZIAŁ i One Shoty :)______
Było ciężko. Dostałam 5 One Shotów. Wszystkie były cudowne :) Wyniki konkursu:
1 miejsce- Sashy blog (jakbyś mogła to podaj w komentarzu adres swojego bloga)
2 miejsce- nikki (podaj adres swojego bloga w komentarzu) i Laura Maranch
3 miejsce- Wiktoria Sroczyńska i Patrycja Lenckowska ( napiszcie z kim chcecie kolaże i dedyki i gdzie mam wam to wysłać np. Fb, poczta. Obojętnie)
Oto One Shoty:
Sashy Blog

One Shot - Ta część kwiatka jest jednym z naszych wspomnień. By Sashy.

W ten dzień ma się zmienić jej życie. Brunetka siedzi teraz w pokoju z
pistoletem w dłoni. Ma ona zamiar się zabić. Przelatują jej wspomnienia.
Wspomnienia pod tytułem: wspólne lata Laury i Ross'a. Patrzy się tempo w
narzędzie śmierci i uśmiecha na myśl o każdym wspomnieniu od pierwszego
spotkania...

* Wiek 11 lat *
Laura wraz z rodzicami: Damiano i Ellen oraz siostrą Vanessą pojechali na
zjeżdżalnie wodne. Wszyscy przebrani w kostiumy kąpielowe ze śmiechem
pływają w basenie i zjeżdżają z kolorowych rur.
- Założę się, że nie zjedziesz z tej najwyższej zjeżdżalni! - zaczęła
prowokacje Vanessa. Jej siostra spojrzała na nią i się uśmiechnęła.
- Zakład? - spytała się jej Laura.
- Zakład! - podały sobie ręce i przecięły na znak rozpoczęcia zakładu.
- Dziewczynki co wy tam robicie? - spytał się ich Damiano.
- Nic, nic. - opowiedziały szybko z uśmiechem. Rodzice pokiwali powoli
głową.
- Idę na zjeżdżalnie. - oznajmiła Laura i skierowała się do żółtego
tunelu prowadzącego do najwyższej zjeżdżalni.
- Tylko ostrożnie! A do której idziesz?! - zawołała za nią Ellen, ale
brunetka już nie usłyszała. Czekała w kolejce dzieci.
- Do żółtej.. - powiedziała cicho Van, ale Ellen to usłyszała.
- Zwariowała?! Ona ma lęk wysokości! Zabije się! Laura!! - krzyczała mama
brunetek, ale na nic zdały się jej krzyki. Laura była już przy zjeżdżalni
miała zjechać, ale spojrzała w bok i napotkała przepaść. Przepaść
mająca 300m. Zaczęła się bać. Zawrócić nie mogła. Wszystko przepadło.
- Rusz się! Tamujesz kolejkę ćwoku! - krzyczał na nią jakiś brunet
troszkę starszy od niej. Ona zaczęła płakać.
- Odwal się od niej! Nie widzisz ze się boi?! A ty jej nie pomagasz! -
obronił ja blondyn. Przecisnął się przed bruneta i podniósł brodę
brunetce. - Jestem Ross jak masz na imię? - zapytał się jej.
- Laura. - powiedziała zmieszana. Nie rozmawiała nigdy z chłopakiem.
- Masz lek wysokości prawda? - pokiwała szybko głową. - Usiądź na skraju ja
usiądę za tobą. Będę cię trzymał w pasie. Zamknij oczy jak chcesz, a jak
nie chcesz to patrz się. W połowie drogi jest zjeżdżalnia otwarta i inni Cię
widza. - powiedział. Marano wykonywała jego polecenia. Postanowiła nie
zamykać oczu. - uwaga... Jedziemy! - krzyknął blondyn i razem z brunetka
byli już w żółtej rurze. Jechali, śmiali się i krzyczeli. Ross przytulilł
do siebie Laurę i położył głowę w jej brąz włosach.
- Ale fajnie! - krzyczała dziewczyna.
- Zaraz będzie ta cześć otwarta daj ręce do góry! - krzyczał blondyn.
Tak jak mówił po kilku sekundach była otwarta rura. Brunetka wystawiła
ręce do góry. Ross również, ale tylko jedna rękę, bo druga przytrzymywał
Lau. Widzieli oni swoje rodziny. Obje rodziny Lynch i Marano byli zdziwione,
ale też szczęśliwe. Gdy dwójka 11-latków zeszła z zjeżdżalni do Laury
podbiegli jej rodzice z siostra na czele.
- Laura! Nigdy więcej tego nie rób! - przytuliła się do niej Vanessa.
- Jak masz na imię? - spytała się rodzicielka dziewczynki blondyna.
- Jestem Ross Shor Lynch. Miło mi panią i pana poznać. - uśmiechnął się
i podał dłoń.
- Dziękuje ze pomogłeś naszej córeczce. - odwzajemnił uśmiech Rossa, Damiano.
- Może zapoznam państwa z moja rodziną ąą, a z reszta oni już tu idą.. -
powiedział Rossy.
- To ta siedmio-osobowa grupka? To twoja rodzina? Wow... - rozszerzyła oczy Van.
- Tak. W rodzinie jest tak naprawdę 7, a nie ósemka, tylko nasz przyjaciel
Ell stracił rodziców i mieszka z nami. Traktujemy go jak rodzinę. -
opowiedział w skrócie blondyn.
- Podoba mi się twój klon... - powiedziała Vanessa.
- To Riker. - zaśmiał się.
- Ross! Miałeś być ostrożny i nie mieszać w swoje szalone pomysły
innych. - powiedziała uśmiechnięta matka Rossa. Spojrzała na rodziców
Laury. - Jestem Stromie a to mój mąż Mark. A to nasze dzieci Ross, Riker,
Rydel, Rocky, Ryland i kochany Ellington. - przedstawiła wszystkich Stromie.
I tak zaczęło się pierwsze spotkanie i znajomość...


Tak pierwsze spotkanie. Brunetka wzięła do ręki kwiatek miał 11 płatków.
Oderwała jeden.
- Jeden za to ze Cię spotkałam... - powiedziała opuszczając płatek na
ziemie. Teraz przed oczami stanęło jej kolejne wspomnienie..

* Wiek 12 lat *
Tego dnia Ross z Laura oraz swoim rodzeństwem i rodzicami byli na placu
zabaw. Obok tego miejsca znajdował się ulubiony opuszczony park dwójki
przyjaciół. Nie był on straszny, tylko osamotniony. W tym parku znajdowało
się drzewko z domkiem na gałęziach. To było te ulubione miejsce Raury. Na
placu zabaw Laura i Ross bawili się w berka. Teraz Laura goniła Rossa. Byli
tak zapatrzeni w siebie, ze blondyn nie zauważył kiedy na kogoś wpadł.
Była to rudowłosa dziewczynka. Brunetka widząc jak Ross z kimś rozmawia
zatrzymała się na chwilkę.
- Yey.. przepraszam. Jestem Ross, a ty? - blondyn pomógł wstać dziewczynie.
- Jestem Karina. Jesteś tu sam? - spytała się go.
- Nie z rodzeństwem.. Niestety. - zasmial się. ,nawet nie powiedział o mnie,
myślała brunetka.
- Nie mów ze nie masz koleżanek. - spojrzała na niego.
- No nie mam koleżanki, ale... - przerwał mu jego brat Rocky.
- Ross z kim gadasz?! - krzyknął.
- Choć przedstawię Cię.. - powiedział speszony i pociągnął za sobą
Karinę, mijając brunetkę. Laura z płaczem pobiegła w stronę opuszczonego
parku do domku na drzewie. Tam przesiedziała całe 3 godziny płacząc.
Płakałaby dłużej, gdyby nie to, że ktoś musiał wejść do środka
pomieszczenia. Tym ktosiem był Ross.
- Laura!! Wszyscy Cię szukają! Zostawiłaś mnie samego! Odchodziłem od
zmysłów! Dlaczego..?! - urwał gdy Marano się do niego odwróciła i
zobaczył łzy na jej policzkach. - Co się stało?
- Teraz Ciebie obchodzę? Po coś tu przyszedł?! Trzeba było zostać z
Kariną! - wykrzyczała do niego brunetka.
- Ale szukałem Ciebie! Wszyscy Cię szukają, a ja w szczególności!
- Podobno nie masz koleżanek to skąd masz prawo mówić do nieznajomej?!
- Ale to nie tak!
- To jak?! Idź do Kariny, a mnie zostaw w spokoju! Chce umrzeć tak jak teraz
z samotności! - zapłakała mocniej.
- Karina podoba się Rocky'emu.. A ty jesteś moja NAJLEPSZA PRZYJACIÓŁKĄ, a
nie tylko koleżanką. - powiedział i przytulił dziewczynę.
- Przepraszam Rossy.. - odsunęła się od niego. - czułam się odtrącona..
Ominąłeś mnie tak jakby mnie nie było.
- Lau.. Będziesz zawsze dla mnie najważniejsza. Nikt ani nic nas nie
rozdzieli.. A teraz choć bo nas szukają. - podniósł Laurę na ręce i
przyniósł do rodziny, a ona zasnęła na jego rękach...


Tak pierwsze łzy z ich przyjaźni. Taka bolesna i wzruszająca chwila zarazem.
- Za to, że przez Ciebie płakałam... - oderwała kolejny listek. Teraz kwiatek
miał tylko 9 płatków. Laura otarła złośliwa łzę, która towarzyszyła temu
wspomnieniu. Pomyślała o jakimś innym wydarzeniu. Teraz miała przed sobą
obrazek jak uciekli od rodziny.

* Wiek 13 lat *
Cała grupka Lynch i Marano wraca ze wspólnych lodów. Śmieją się i 
wygłupiają.
Riker nie wierze ze powiedziałeś do tej pani: zrób mi loda z polewą.. -
zaśmiał się najmłodszy Ryland, na co najstarszy pacnął się w czoło i zaśmiał.
- A ta pani mu opowiedziała: i co? Będziemy wychowywać posypkę? - zaśmiała 
się Rydel. Dzieci się śmiały ze swoich kudłatych myśli, a ich rodzice 
patrzyli na nich z nie dowierzaniem.
- Choć pokaże Ci coś. - szepną Laurze do ucha Ross. Szybko przemknęli 
niezauważalnie w jedna z uliczek.
- Ross, a wiesz gdzie my w ogóle idziemy? - spytała ciagnieta za rękę Laura.
- Pokaże Ci jedno miejsce. - powiedział z uśmiechem. Resztę drogi 
milczeli. W końcu doszli do pięknej polany, która była kremowa od kwiatów 
Konieczyny, a na około niej były kwitnące różowe drzewa.
- Tu jest pięknie... Ross...Kocham cię! - brunetka przytuliła blondyna.
- Jak brata prawda? - zasmial się blondyn odsuwając lekko od brunetki.
- Tak jak brata. - Lau uśmiechnęła się lekko.
- Mam coś dla Ciebie. - powiedział i wyjął z kieszeni małe, prostokątne, 
różowe pudełeczko. W nim znajdował się pierścionek, a na nim był napis 
Raura.
- Jest piękny! Dziękuje! - krzyknęła i pocałowała blondyna w policzek. 
Uśmiechnęli się do siebie i usiedli na środku polany. Rozmawiali jak nigdy 
wcześniej. Śmiali się za każdym razem.
- Patrzcie tu są! - zawołał Riker.
- Słodko wyglądają - powiedział Mark. Reszta mu zawtórowała.
- Oni będą kiedyś razem.. Ja to wiem. - uśmiechnela się Vanessa.
- Jak ty i Rik? - spytał Ellington.
- Jak ty i Ryd? - odgryzła mu się brunetka.
- Dzieci przestańcie.. - zaśmiała się Stromie. - zapomnieliście oRylandzie i 
Savannah.
- Mamo! - zawolal wyżej wymieniony na co reszta się zaśmiała...

I pomyśleć ze wszystko jest prawda. Van jest teraz z Riker'em, Rydel z
Ellington'em, Ryland z Savannah, a Rocky z.. Kariną. Tak.. Każda z tych par ma
po jednym dziecku.. Gdy Laura pomyślała o dzieciach chciała jak najszybciej
się zabić. Oderwała kolejny płatek z kwiatka.
- Za te wszystkie piękne chwile z tobą.. - powiedziała szeptem wpatrując
się jak cześć Kwiatka opada na dywan. Miała w myśli kolejne wspomnienie..

* Wiek 14 lat *
Dzień balu, gdzie Laura wraz z Ross'em i ich przyjaciółmi: Raini iCalum'em 
się na niego wybrała. Wszystko było wspaniale. Przyjaciele usiedli do 
stolika i śmiali się ze sobą. Wspaniale było do czasu. Raini z Calumem 
wymiatali na parkiecie, a Ross poszedł do toalety. Wszyscy tańczyli teraz 
wolnego tylko nie ona.
- Patrzcie! Laura została wystawiona! Haha! Nie wierze! Nie ma do tego
partnera! Hahah! - zaczęła się śmiać jedna z dziewczyn.
- Nie zostałam wystawiona.. są ze mną przyjaciele. - zaczęła się bronić.
- Którzy tańczą! Tylko do Ciebie nikt nie podejdzie i nie poprosi do 
tańca, bo z takim kimś jak ty to wstyd! Nikt by Cię kijem nie dotknął! - 
zaczęła się śmiać, a z nią cześć szkoły. Lau już chciała wstać i 
wybiec, ale trafiła na tors Rossa. Z płaczem wtuliła się w blondyna. On ja 
przytulił i pocałował we włosy.
- Odwal się od niej i zajmij się swoim fagasem! A tak w ogóle ona jest na tym 
balu ze mną! - krzyknął do blondynki.
- Kazała Ci to powiedzieć? - zasmiala się jeszcze raz. Ross chwycił dłoń
Laury i pokazał dziewczynie pierścionek, który zawsze ona nosiła.
- To zlewka naszych imion! I czy Ci się to podoba czy nie ona jest tutaj ze 
mną! - krzyknął ostatni raz do niej i powycierał łzy brunetki. - Ej! 
Lau... Choć na parkiet i zatańcz ze mną. Pokażemy im kto tutaj rządzi. 
- powiedział do brunetki na co się zasmiala cichutko. Poszli oni tańczyć
wolnego. Wtuleni w siebie ruszali się w rytm muzyki, a ich przyjacieleCaini 
obok nich...

Caini są razem i tez maja dzieci.. Wszystko wraca do tych dzieci.. A to przez
to Laura chce popełnić samobójstwo. Popatrzcie ona na pierścionek na palcu.
Do dzisiaj go nie ściągnęła.. Lśnił na nim złoty napis RAURA.
- Za ten bal i ten pierścionek... - oderwała kolejny płatek z kwiatka.
Zostało mu już tylko 7 platkow. A Laurę męczyły kolejne wspomnienia...

* Wiek 15 lat *
Laura wraz z Vanessa i Lynchami szykują przyjęcie urodzinowa dla Rossa. 
Swoim rodzicom dali oni za zadanie przygotować przekąski i tort. Oni sami 
dekolorowali ogród, a Ross'a posłali po ciasteczka muffinkowe, które są na 
końcu miasta. Wyszedł on bardzo dawno, bo z samego rana. Kiedy on wyszedł 
Laura, VanessaRiker, Rocky, Rydel, Ellington, Ryland, Savannah oraz Karina 
szykowali dla niego imprezę urodzinowa. W ogrodzie została rozłożona 
scena, a obok mini stoliczek DJ'owski dla RyRy'ego. Wszystkie te 10 osób 
łączyła pasja - muzyka. Vanessa wraz z Rydel i Karina rozstawiała robione 
przez ich rodziców przekąski. Sav z RyRy'm robiła poprawki muzyczne.Riker z 
Rockym przyczepiali do drzew dekoracje. Ratliff sprawdzał za to oświetlenie, 
a wszystkim kierowała Laura. To właśnie ta brunetka wszystko zaplanowała,
również niespodziankę w postaci ulubionego idola Ross'a.
- A gdzie mamy dać picie? - spytała Karina.
- Na ten osobny stolik obok przekąsek. - poinformowała Laura.
Lau! Wyżej cze niżej?! - pytał się jej Riker który z Rockym stał na 
drabinie i przyczepiał napis: Happy B.Day Ross!
- Bardziej na lewo i do góry.. O tak! Idealnie. - klasnęła w ręce.
- Dzięki! - krzyknął Rock.
Lau! Najpierw wolne piosenki a później szybkie? - spytała się jej Sav.
- Czy może szybkie a później wolne? - spytał RyRy.
- Zróbmy mieszankę muzyczna. Kolejność losowa. Ale zacznijmy od szybkich 
na rozkręcenie towarzystwa. - powiedziała z uśmiechem dziewczyna.
- Dzięki. - uśmiechnęli się do brunetki.
- Ej! Laura! Spaliła się żółta żarówka! Co mam zrobić? - pytał się 
Ellington.
- O nie! Żółty to ulubiony kolor Rossa.. Poproś panią Stromie czy ma 
żarówkę albo... Rydel!!! - wydarła się.
- Co jest? - spytała się jej blondynka odstawiając czipsy.
- Ostatnio mówiłas, że nie podoba Ci się żółta żarówka w twoim różowym pokoju. Możesz ja pożyczyć? Brakuje żółtego koloru reflektora. - 
mówiła zawzięcie brunetka.
- Dobra! Oczywiście ze dam! Ell choć! - szybko pobiegli w stronę domu.
- Laura pani Stromie prosiła Cię do kuchni. U nas jeszcze tylko talerzyki i 
kończymy. - powiedziała Vanessa.
- Dobrze - opowiedziała młoda Marano i poszła do kuchni przez taras.
- O jesteś! - uśmiechnela się pani Stromie. - Pomogłabyś miudekolorować 
tort? Nie mam jakiejś szczególnej weny.. - zaśmiała się.
- Oczywiście. - powiedziała natychmiastowo brunetka. Ozdabianie zajęło jej 
15 minut. I wyszło genialnie.
- Córcia jest... Jaki piękny. - powiedziała Ellen. - zabiorę go już do 
ogrodu. A! I Mars jest! - powiedziała już jej mama wychodząc. Brunetka
kiwnęł głowa i udała się na korytarz, gdzie zawzięcie Mark z Damiano 
rozmawiali z Brunem Marsem.
- Dzień dobry, dziękuje, że pan przyszedł na urodziny mojego przyjaciela. - 
przywitała go z uśmiechem Laura.
- Witaj dziecko! To jest dla mnie zaszczyt występować dla kogoś takiego jak 
syn państwa Lynch. - odpowiedział
- Kiedyś chodziliśmy razem do klasy w gimnazjum - wytłumaczył pan Mark.
- Emm.. Laura? Ross wraca.. - powiedział Damiano wpatrzony w okno, gdzie z 
ciasteczkami wędrował blondyn.
- Alarm Ross idzie! - powiedziała a raczej krzyknela Laura. - wszyscy na
swoje miejsca! Panie Mars może pan już wejść na scenę. 
- Wróciłem! - krzyknął Ross. - Wiecie jaka była kole... 
NIESPODZIANKA! - krzyknęli wszyscy wyskakując zza mebli lub drzew.
- Wszystkiego najlepszego! - powiedział osobno Bruno Mars i zaczął grać 
jedne ze swoich piosenek.
- Nie musieliście! - powiedział wyraźnie uśmiechnięty Ross.
- To wszystko organizowała Laura.. - powiedziała Vanessa. Blondyn spojrzał 
na brunetkę, która wpatrywała się w swoje buty.
- Dziękuje! - powiedział, pocalowal dziewczynę w policzek i mocno do siebie 
przytulił. Na imprezie wszystko wyszło idealnie. Prezenty, dekoracje, muzyka, 
wszystko!

Urodziny... Ten piękny dzień kiedy świetujemy ważne święto narodzin
bliskiej nam osoby. Jest ono raz na rok wiec jest to okazja jednoroczna.
- Za to ze zakochałam się w tobie od twoich urodzin.. - Laura oderwała kolejny
płatek kwiatka. Zostało już ich tylko 6. A 5 z nich leżało na podłodze i
powoli więdło. Laura próbowała przypomnieć sobie jeszcze inne wspomnienie.
Udało jej się to.

* Wiek 16 lat *
Laura z Rossem wracała ze wspólnego spacerku. Ledwo co weszli do domu 
Lynchów, a już wyszli.
- Co się dzieje?! - spytała zdziwiona Laura.
- Nie będziesz się spotykała z synem tego człowieka! - krzyknął jej ojciec.
- Raczej twoja córka nie będzie przebywać z moim synem! - odgryzł mu się 
Mark.
- Musicie w to mieszać nasza przyjaźń?! - spytała się podirytowana Rydel z 
Vanessa.
- Tak! - krzyknęli dwaj faceci i chcieli zabrać swoje dzieci.
- Nie! Ja nie mogę żyć bez Laury! - krzyknął Ross wyrywając się ojcowi i 
stając przy Laurze złapał ja za rękę.
- Nie masz wyboru... - powiedział mu Mark.
- Skoro nie możemy być razem w przyjaźni tutaj... To będziemy gdzieś 
indziej! - krzyknął Ross i ciągnąć za sobą Laurę pobiegł w stronę 
parku z domkiem na drzewie. Dotarli tam szybko weszli na drzewko i zaczęli 
opanowywać oddechy.
- Ja nie chce się z tobą rozdzielać.. - powiedziała Laura tuląc się do Rossa.
- Nie uda im się nas rozdzielić.. Spokojnie. Cii. Nie płacz. Pogodzą się.. 
- uspokajał ja Ross.
- A co jak się nie pogodzą?
Muszą. Bo inaczej uciekniemy już na zawsze.
- A niby gdzie?
- Razem coś wymyślimy. - złapał ja za dłoń i się uśmiechnął ciepło.
- Tu jesteście! - powiedziała Stromie wraz z Ellen.
- Co tutaj robicie? - spytała się Laura.
- Przyszliśmy po was. Ojcowie się pogodzili.. Możecie wracać. -uśmiechnela 
się Ellen.
- A skąd wiedziałyście ze tu będziemy? - zapytał tym razem Ross.
- Po prostu znamy swoje dzieci. - zasmiala się Stromie. Czwórka wróciła do 
domu, a tam zostali wyściskani z tekstami: Nigdy więcej tego nie róbcie...

Taka ucieczka była piękna. Tylko uciekanie od problemów nic nie da...
- Za to ze musiałam uciekać z tobą i tymi gestami mnie rozkochiwałeś... -
Laura oderwała 6 płatek. Trzymało się jeszcze 5 części. Laura wzięła
głęboki oddech.

* Wiek 17 lat *
Laura wraz z swoim rodzeństwem oraz Lynchów wybrała się do klubu. Była to 
godzina 16. Pili tam tylko Van, Rik, Rock i Ryd. Reszta była w stanie 
świadomości.
- Idę do toalety. - poinformowała Laura i udała się w wymienione miejsce. 
Po skorzystaniu z toalety umyła ręce i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. 
Zmieniła się. Miała jasne końcówki włosów. Była ładniejsza i chudsza. 
Do kibla ktoś wszedł. Niby nic wielkiego, ale było to 3 facetów.
- To DAMSKĄ toaleta MĘSKA jest obok. - powiedziała Laura wyciągając ręce.
- No to dobrze trafiliśmy.. - powiedział jeden z nich.
- Będziesz miała nie zapomniana noc.. - uśmiechnął się drugi, a trzeci 
przyszpilił Laurę do ściany. Ona chciała się wyrwać, ale nie potrafiła.
- Ross! Pomocy! Zostaw mnie! Ross! - krzyczała
- Nikt cię nie usłyszy.
- Doprawdy? - spytał się męski głos za nimi. Jak się okazało to blondyn.
- Dzisiaj nasza kolej! - krzyknął jeden z typów i przybliżył się do Rossa. 
On to wykorzystał i z prawego sierpowego wymierzył mocny strzał w policzek. 
Mężczyzna zatoczył się i uciekł ze swoją zgraja.
- Ross! - przytuliła się do chłopaka Laura. - myślałam ze nikt mnie nie 
słyszy..
- Akurat przechodziłem... - zakłopotał się blondyn
- Ross.. Przyznaj się. - powiedziała podejrzliwie.
- Oj No masz mnie.. Martwiłem się o Ciebie! - przyznał się dziewczynie. Laura 
z uśmiechem wpatrywala się w jego oczy.
Chodźmy do domu... - powiedziała po chwili. Poinformowali Rylanda i Ell'a, że 
idą do domu, i poszli. Weszli do pokoju blondyna i usiedli przy fortepianie. 
- Dziękuje ci, gdyby nie ty... - zacieła się, a łza spłynęła z jej oczka.
Cii.. Będzie dobrze. Nie wybaczyłbym sobie gdyby coś Ci się stało. - 
powiedział i zaczął grać dobrze znana Laurze piosenkę: You Can Come To 
Me. Sami oni w końcu ja stworzyli. Zaczęli grać i śpiewać. Aż do pewnego 
momentu ich palce spotkały się na jednym klawiszu. Spojrzeli sobie głęboko 
w oczy i zaczęli się przybliżać. Doszło do pocałunku. Delikatnego, ale 
pełnego miłości.
- Kocham Cię. - powiedzieli w tym samym czasie.
- Lauro Marie Marano... czy zostaniesz moja dziewczyna? - spytał.
- Tak, tak, tak. Tak! - pocalowala blondyna w usta. On lekko zszokowany nie 
oddał gest. Laura odsunela się od blondyna. - ja przepr...mm - nie 
dokończyła, bo Ross pocalowal ja tak ze razem upadli na ziemie. Całowali się na 
dywanie i co chwila turlali się po Ziemi, co chwila jedno górowało nad 
drugim.
- Uuu Ross mi sisters rozdziewiczy... Chce być ciocia! Rikuś też chce mieć 
dzieci!!! - krzyczała Van, która była przedtrzymywana przez Riker'a. Laura 
wraz z Rossem spojrzała na bandę, która wróciła z baru.
- W skrócie Van z Ryd były tak nabite, że wyznały nam miłość, a my 
jesteśmy w stanie świadomości. Ryland za to targa po schodach Rock'a. - 
powiedział Ellington. Wszyscy zaczęli się śmiać...

Lau nie odrywając wzroku od ściany oderwała kolejny (siódmy) płatek.
- Za twoje czuwanie i pocałunki...
Zostało 4 płatki. Cały czas trzymała na kolanach pistolet. Pomyślała
teraz o bardziej bolesnym wspomnieniu...

* Wiek 18 lat *
Rodzina Lynch i Marano leci samolotem.. Szczęśliwi wracają z Miamigdzie 
spędzali wakacje.
- Nastąpiła awaria silnika, prosimy nie panikować i udać się do wyjść 
awaryjnych. - usłyszeli w głosnikach. Jak to zwykle bywa zaczęli panikować.
- Brać spadochrony na początek najmłodsi! - krzyknął kapitan. Oczywiście 
nie było nikogo młodszego od Rylanda i Sav, z reszta ta dziesiątka (jeszcze 
Karina) była jako jedyna z najmłodszych. Tą linią lecieli tylko ludzie, który 
mieli ok. 30 lat lub więcej.
- Bierzcie spadochrony i skaczcie po dwie osoby! - powiedziała jedna pani z 
obsługi. Ba! Ona krzyknęła. Na początek wyskoczył Ryland z Savannah,
później Rocky z Karin, Ross z Laura, Rydel z Ellingtonem, a na końcuRiker z 
Vanessa. Zdarzyli odkrzyknąć rodzicom słowa: Kochamy was! Gdy ostatnia para 
wylądowała na Ziemi samolot wybuchł. Wybuchł z tymi wszystkimi ludźmi, a 
przede wszystkim z ich rodzicami...
- NIE!! - krzyknęły dwie siostry na raz i się do siebie przytuliły. Zaczęły 
płakać. Płakać gorzkimi łzami. Straciły rodziców. Podobnie jak 
Lynchowie, ale oni są znani z tego ze potrafią szybko się pozbierać. Lecz to też 
ich przerosło. Przytulili się do Marano.
- Musimy być silni.. Oni by tego chcieli. - powiedział Riker łkając.
- Nie chce mieć dzieci, by po naszej stracie cierpiały... - powiedział cicho 
Ross do Rocky'ego, ale Laura to usłyszała. Usłyszała i przyrzekła sobie,
ze dochowa jego prośby...

Minęły 2 lata od tamtej tragedii. Laura z Van zamieszkały razem z Lynchami,
tak samo jak Karina i Sav. (ich rodzice też lecieli samolotem) Pozbierały się
już, miały wystarczająco czasu. Właśnie... Czasu się nie cofnie to co się
stało nie odstanie się.
- Za naszych rodziców.. - oderwała płatek kwiatka. Trzymały się już tylko 3
kolorowe płatki.

* Wiek 19 lat *
Raura chodziła uliczkami trzymając się za ręce. Byli już we wszystkich 
miejscach z dzieciństwa i wieku nastoletniego. Zostało tylko jedne miejsce 
gdzie Ross chciał zmienić ich życie. Domek w opuszczonym parku. Udali się 
wiec w tym kierunku. Weszli do domku i przyglądali się mu z uśmiechem. Nic 
się niż zmieniło. Był potulny jak zawsze. Było w nim mini łóżko dębowe, 
takie samo biurko, puszysty czerwony dywan i szafka w czarnym kolorze. 
Wszystkiego dopełniały żółte ściany tego jednego pokoju w domku.
- Lauro... - zaczął Ross. 
- Hmm...? - spojrzała na niego.
- Jesteś dla mnie najważniejsza w życiu. Bez Ciebie nie byłoby sensu 
mojego życia. Cieszę się ze spotkałem kogoś takiego jak ty. Jesteś moim 
tlenem bez którego umieram... Lauro Marie Marano.. czy zechcesz uczynić mnie 
najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi i zostaniesz moja żona? - spytał 
się Ross wyciągając po przemowie z czerwonego pudełeczka pierścionek. Laura 
z otwarta buzia wpatrywała się to w blondyna to w pierścionek.
- Rossy.. Oczywiście, ze tak. - powiedziała i wpiła się w jego usta...

Tydzień po tym Raura wzięła ślub połączony ze ślubem reszty
domowników. Szybko ten czas minął. Ślub nie był jakiś taki ze wszyscy
byli zaproszeni. Towarzyszyli tylko Calum i Raini, którzy już dawno byli
małżeństwem. A cała ,,ceremonia,, była tylko z udziałem księdza i
sakramentalnego ,Tak,.
- Za to ze jesteśmy małżeństwem... - Następny kwiatek upadł na Ziemie.
Zostały 2 płatki. Dwa płatki.

* Wiek 20 lat *

Czyli nie cały miesiąc temu. Laura wyszła z testem ciążowym z toalety. 
Wszystkie dzieci maja po roczku.
- I co? Jesteś w ciąży? - pytała Vanessa. Ona już dawno urodziła 
dwójkę dzieci: Alice i Dove.
- Nie poganiaj jej tak.. - mówiła Rydel. Ona urodziła synka: Alvina.
- Wiecie co to chyba nie jest najlepszy moment na kłótnie.. - wtraciła się
Savanna. Ona ma dziewczynkę: Stelle.
- Wydaje mi się ze nasi mężowie nie dają sobie rady z dziećmi. -zasmiala 
się Karina. Ona również urodziła dwójkę dzieci: Maxa i Cleo. - Ale 
czekajcie. Powiedz wreszcie!
- Ja, ja... Jestem w ciąży. - powiedziała. Dziewczyny zaczęły piszczeć i 
skakać. Laura tez udawała euforię.
- Musimy powiedzieć Rossowi! - krzyknela podekstytowana Delly.
- NIE! - wszystkie popatrzyły zdziwione na Laurę. - znaczy.. Sama mu powiem.
- Jak chcesz. Ale powinnaś powiedzieć w miarę szybko. - zastrzegłaVanessa
Reszta dziewczyn się z nią zgodziła...

Czyli jak widzicie Laura jest w ciąży. W ciąży z Rossem, a ona wie, ze
Ross nie chce mieć dzieci. Bo później będą mogli je zranić, a one będą
cierpieć.
- Za to ze jestem z tobą w ciąży... - oderwała przed ostatni płatek.
Zaczęła od nowa przypominać sobie 10 części kwiatka:
- Za to ze Cię spotkałam.
- Za to ze przez Ciebie płakałam.
- Za te wszystkie piękne chwile z tobą.
- Za ten bal i tan pierścionek.
- Za to ze zakochałam się w Tobie od Twoich urodzin.
- Za to ze musiałam uciekać z tobą i tymi gestami mnie rozkochiwałeś.
- Za Twoje czuwanie i pocałunki.
- Za naszych rodziców.
- Za to ze jesteśmy małżeństwem.
- Za to ze jestem z tobą w ciąży. - wymieniła ostatnia cześć. - Jak
każda cześć kwiatka, połączy nas do ostatniego płatka...
Przyłożyła sobie broń do głowę i zamknęła oczy. Dotykała lekko spustu.
Miała go nacisnąć, gdy drzwi się otworzyły.
- LAURA!!! - krzyknął Ross, który wtargnął do ich pokoju. - CO TY CHCESZ
ZROBIĆ?! - krzyczał. Wyrwał jej broń i uniosl w swoje dłonie kruchą
twarzyczkę Laury.
- Nie chce Cię zranic! - krzyczała przez łzy.
- A jak się zabijesz to mnie nie zranisz?!
- Ty nic nie rozumiesz!
- Zawsze Cię rozumiałem! Powiedz co się dzieje!
- Nie!
- Mów!
- Jestem w ciąży!!! - krzyknęła na cały głos. Blondyn patrzył na nią ze
zdziwieniem, a później cały szczęśliwy przytulił Laurę.
- To świetna wiadomość! Dlatego chciałaś się zabić? Nie zostawię Cię
przecież.. - całował ja w głowę i policzki.
- Ale... Przecież dobrze słyszałam jak mówiłeś ze nie chcesz mieć dzieci,
by ich nie ranić. - powiedziała brunetka odsuwając się od blondyna.
- Ahh.. Byłem głupi. Dziecko to jest coś niesamowitego. Możemy się wtedy
podzielić i przekazać miłość połączeniu nas obojga. W głębi duszy
marzyłem by mieć dzieci z tobą. - uśmiechnął się promieniście. - Który
to tydzień, miesiąc?
- Dopiero 1 miesiąc. - oznajmiła brunetka. Blondyn usiadł obok brunetki.
- I dowiaduje się dopiero teraz? - uniósł śmiesznie brwi do góry na co Laura
się zaśmiała.
- Oj Rossy... Chociaż wiem kto się urodzi.
- Lau.. Ile to będzie?
- A co byś zrobił gdybyś dowiedział się ze masz trójkę dzieci w drodze?
- spytała się głupkowato uśmiechając.
- Co?! Jestem aż tak męski ze przegoniłem brata? - zapytał się.
- Widocznie tak. - zaśmiała się ciężarna. Ross zauważył kwiatka i płatki
na dywanie. Oderwał ostatni płatek.
- Za nas i nasza rodzinę. - powiedział. Uśmiechnęli się do siebie i
pocałowali, krótko w usta. Nagle blondyn podniósł brunetek i pobiegł do
salonu.
- Będę miał dzieci! Laura jest w ciąży! Urodzi trojaczki! - krzyczał
rozpromieniowany będąc w wspomianym pomieszczeniu. Widocznie na wszystko
jest wyjście z sytuacji. Za nas i nasza rodzinę... Ostatni płatek nigdy nie
zginie...

nikki
Miłość. Jedno słowo, a dla każdego z nas ma inne znaczenie. Dla jednych miłość to fikcja którą wyobrażają sobie ludzie którzy nie chcą  być sami, potrzebują bliskości kogoś spoza ich rodziny kogoś kto będzie ich kochał bezwarunkowo. Dla innych miłość to całkowite oddanie się drugiej osobie. Dla jeszcze innych miłość tą są więzy krwi uważają, że kochać można tylko osoby z rodziny.A czym dla mnie jest miłość? Dla mnie wyjaśnieniem miłości jest wspieranie drugiej osoby. No bo jeśli kogoś naprawdę kochamy to powinniśmy być przy nim zawsze, a szczególnie gdy ta osoba przeżywa coś strasznego. Może to być śmierć osoby z rodziny, a nawet zwykły gorszy dzień. Bo gdy jest się w takich chwilach przy ukochanej osobie to naprawdę czuje się kochana i wie że ci na niej zależy. Tylko, że czasem wydarza  się coś co boimy się powiedzieć. Gorzej jest jeśli jest to coś czego nie możemy ukryć. I co w tedy, w tedy związek się kończy ta druga osoba wyprowadza się jak najdalej tamtej kontakt się urywa. A ta osoba która miała tajemnice zostaje całkiem sama bez przyjaciół i rodziny. Jestem Laura Marie Marano. Teraz skrócę wam nieco moją historie. Mam 22 lata, lecz ja nie jestem całkiem sama mam najważniejszą osobę w moim życiu moją trzy letnią córeczkę Dominikę. To teraz w skrócie moja historia. Miałam cudownego opiekuńczego chłopaka. Który zrobiłby dla mnie wszystko, miałam przyjaciół, rodzinę. Ale wszystko spieprzyłam. Kiedyś jak opowiadałam tą historie staruszce w parku w tym momencie w którym przerwałam ona mi przerwała i zapytała ,,zdradziłaś go i nie wiedziała jak mu to powiedzieć ''. To teraz dla sprostowanie nie nie zdradziłam go to było, co ja mówię to jest jego dziecko. Tak bardzo się bałam, że mnie wyśmieje zostawi samą, iż sama do tego doprowadziłam. Jestem sama nie spotykam się z żadnym facetem od trzech lat nie byłam w żadnym związku. Po prostu ja wciąż kocham Rossa, niestety od mojego wyjazdu minęły trzy lata . Pewnie ma żonę i dziecko, może jego żona bądź dziewczyna jest w ciąży, albo szykuje się do ślubu. Na pewno zapomniał o mnie szkoda tylko że ja nie mogę, wciąż myślę co robi czy jest szansa czy może mnie kocha, ale potem przypominam sobie, że sama jestem sobie wina. Mogłam zostać powiedzieć mu wszystko, ale ja wolałam wyjechać do Paryża. A teraz siedze w samolocie i użalam się nad sobą. Pewnie zastanawiacie się gdzie lecę. A mianowicie wracam do domu, do Los Angeles. Nie nie zamierzam iść do Rossa i powiedzieć mu prawdę bo co ja mam powiedzieć ,, Hej Ross nie wiem czy mnie pamiętasz, ale to ja Laura Marano, wiesz trzy lata temu urodziłam córkę , a no i tu jesteś tatusiem. To co całujemy się?'' Dobra to ostatnie zdanie jest naj gorsze no ale co poradzić? Mam wielką nadzieje , że nie spotkam nikogo z Lynchów, albo z mojej rodziny. Dostałam świetną prace jako architekt wnętrz i krajobrazu. Załatwiłam Domi przedszkole. Kto wie może spotkam tu miłość, może uda mi się zapomnieć wreszcie o Rossie. Jakby to mogło być możliwe przez trzy lata, trzy lata byłam sama. Oczywiście chodziłam na radki, ale albo ja to kończyłam, albo oni jak dowiadywali się iż mam dziecko.
~Ross~
Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, a my wszyscy siedzimy smutni. Dziś mija trzecia rocznica jej zniknięcia. Zastanawiacie się kogo. Mojej małej Laury. Zniknęła dokładnie trzy lata temu. Tylko czemu ? Zrobiłem coś, a może poznała kogoś innego lepszego ode mnie? Bo ja nigdy nie spotkam kogoś lepszego od niej. Dlaczego? To proste, bo nie ma nikogo kto mógłby być lepszy od niej. Nigdy nie spotkałem ani nie spotkam takiej dziewczyny. Laura jest moim ideałem. Najwyraźniej zostanę starym kawalerem. Kupię sobie pięć kotów, trzy wiewiórki i dwadzieścia lemurów. Lau ma takie duże oczy jak lemur. Czemu ja ciągle o niej myślę. Przez trzy lata nie spojrzałem na żadną dziewczynę tak jak na nią. Chodziłem na radki, lecz w każdej szukałem jej. Dobra muszę się przejść
-Ross gdzie idziesz? - Zapytała moja Siostra.
-Na spacer. - Odpowiedziałem.
-Nie zrób nic głupiego. - Powiedziała Van. Vanessa jest starszą siostrą mojej Laur.
-Dlaczego miałbym zrobić coś głupiego? - Udawałem idiotę.
-Dobrze wiemy jaki jest dziś dzień. - Rocky jak zwykle musiał wtrącić swoje trzy grosze.
-Ja też cierpię. To moja siostra. Chciałabym wiedzieć czemu wyjechała. - Po kilkuminutowej ciszy odezwała się Van
-Zauważyliście, że jakiś miesiąc przed jej zniknięciem zachowywała się bardzo dziwnie. - Powiedziała Rydel
-Czyli jak? - Zadałem pytanie.
-No tak ... jakby to powiedzieć nie patrzyła nikomu prosto w oczy, była taka nieobecna jak nie ona. Nie chodziła uśmiechnięta, wyglądała jakby się czymś martwiła. Unikała spotkań z Rossem w sumie z nami wszystkimi. - Odpowiedziała Dell
-Myślicie, że kogoś miała. - Spytałem przerażony
-Raczej nie, bo niby kiedy miała by się z nim spotkać w tam,  tym miesiącu przed jej wyjazdem prawie ciągle siedziała w pokoju. A wcześniej spędzała cały wolny czas, albo z nami albo z Rossem. Więc tu chodzi o coś innego. - Uspokoiła mnie Vanessa
-To o co do cholery!! - Krzyknąłem zły - A zresztą i tak się tego nie dowiemy. Idę na spacer - Poinformowałem rodzinę.
Matko  ja chciałbym ją teraz zobaczyć. Dowiedzieć się dlaczego wyjechała. Czy zrobiłem coś nie tak? Czy po prostu przestała mnie kochać? A może to coś innego, szkoda, że tego nigdy się nie dowiem. No i barwo Ross wpadłeś na kogoś. To nie możliwe. Już tak bardzo za nią tęsknię, że w jakiejś obcej kobiecie ją widzę. A jak to naprawdę ona...
-Nie wierze Lau to ty? - Spytałem nie pewnie.
-Tak - Powiedziała nie pewnie, a ja od razu przytuliłem
~ Laura ~
Zastanawiacie się czemu powiedziałam mu prawdę. To proste. Domi znowu zapytała o tatę.  Wiecie jaką bajkę jej wymyśliłam. Powiedziałam że tatuś pracuje w Ameryce. Nie przypuszczałam, iż tu wrócę, a mała chce zobaczyć tatę. Więc uznałam, że jeśli spotkam go labo kogoś z Lynchów to powiem Rossowi prawdę. Tylko nie przypuszczałam, iż jest takie trudne. No, ale przytulił mnie to może choć troszeczkę tęsknił.
-Nawet nie wiesz jak ja za tobą tęskniłem, ale proszę powiedz czemu wyjechałaś. - Ross wreszcie się odezwał.
-Ja ... ja nie wiem jak ci to powiedzieć.  Zabawne w tedy też nie wiedziałam, ale dzisiaj muszę. Musisz poznać prawdę. - Powiedziałam
-Wiedziałem masz kogoś lepszego od mnie. Ale Lau ja się zmienię zrobię wszystko tylko proszę wróć do mnie. Ja przez te trzy lata byłem sam. Ja cie naprawdę bardzo kocham. - Powiedział, a po moich policzkach spłynęły łzy. Blondyn wytarł je swoim kciukiem.
-Wtedy byłam w ciąży z twoim dzieckiem nasza córka ma teraz trzy lata. Tak wiem nie chcesz bawić się tatusia i mam dać ci spokój. - Powiedziałam na jednym tchu.
-Czemu mi nie powiedziałaś od razu? - Zapytał chłopak
-Szczerze? Bałam się że mnie zostawisz.  -Przyznałam zawstydzona
Chłopak zamiast powiedzieć złapał mnie okręcił wokół własnej osi i pocałował

-Mam dwa pytania. Jak ma na imię i co jej powiedziała? - Odstawił mnie na ziemie
-Dominika. Powiedziałam, że tata pracuje w Ameryce, a że ma dopiero trzy lata to niedawno zaczęła o ciebie pytać. - Odpowiedziała
Ross uklęknął na jedno kolano. Dobra co on robi.
-Wiem, że nie rozmawialiśmy przez trzy lata, wiem że możesz już mnie nie kochać, ale wciąż cię kocham nigdy nie przestałem i nigdy nie przestanie jesteś dla mnie wszystkim jesteś moim powietrzem. Cóż jeśli powiesz nie, nie będę miał innego wyjścia jak nauczyć się oddychać azotem. A więc Lauro Marie Marano czy uczynisz mnie najszczęśliwszym facetem jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi i zostaniesz moja żoną. - Zapytał. A ja, co miałam robić rzuciłam się na niego i oby dwoje wylądowaliśmy na chodniku. Ross wpił się w moje, oczywiście odwzajemniłam pocałunek. Niestety wszystko co dobre musi się skończyć. Jakaś starsza pani zwróciła nam uwagę.
-Dzieci do rozmnażania się używa się łóżka. - Powiedziała staruszka
-No ale wie pani my bardzo lubimy eksperymentować. - Powiedział mój blondasek. Mój jak to pięknie brzmi. Staruszka spojrzała się na niego z pogardą i poszła sobie.
-To co chcesz poznać Domi?- Zapytałam
-Oczywiście to napisz mi adres ja muszę coś jeszcze kupić. - Pocałował mnie szybko i odbiegł, a ja poszłam do domu.
-Pani Amando może pani już iść. - Powiedziałam do opiekunki moje córki. Opiekunka wyszła a zawołałam Dominikę.
-Domi choć muszę ci coś powiedzieć!! - Zawołałam córkę
-Tak mamusiu
-Zaraz przyjdzie tatuś. - Powiadomiłam córkę
-Ale supel tak dawno go nie widialam ze nie pamietam jak wygląda. - Odpowiedział córka i właśnie w tej chwili do domu wszedł Ross z wieeelkim misiem.
-Tatuś! - Krzyknęła mała i rzuciła się chłopakowi w ramiona. Ross mocno przytulił misia.
-To dla mojej małej królewny. - Powiedział i wręczył małej misia. Domi poszła z misiem do siebie do pokoju, ale za nim to zrobiła podeszła do Rossa i zapytała.
- To skolo my juz mieskamy w Amelyce to ty bedzies mieskal z nami plawda? - Zapytała mała
-Oczywiście, że tak.- Odpowiedział. Dziewczynka jeszcze raz przytuliła tatę i poszła do siebie do pokoju.
-A tu taki prezencik dla moje troszeczkę większej księżniczki. - Powiedział chłopak i założył na moj palec pierścionek zaręczynowy 
-Jaki on jest piękny. - Powiedziałam i pocałowałam chłopaka.
Resztę dni spędziliśmy na zabawie z Dominiką.
-O późno już reszta pewnie się martwi. Mam pomysł pójdziecie ze mną ale wejdziecie wtedy kiedy wam powiem ok? -Zapytał, a my z Domi pokiwałyśmy zgodnie głowami
~ W domu rodziny Lynch ~
-Ross do jasnej cholery jaki spacer trwa sześć godzin !! - Krzyczała Delly no jak można takie słowa przy dziecku?
-Eee długi. - Odpowiedział Ross
-Ty weź se tak nie żartuj i powiedz lepiej gdzie byłeś. - Tym razem krzyknęła moja sis
-Mam ważniejszą informację niż to co robiłem. Żenię się a wy macie bratanice. - Powiedział.
-Jak się żenisz poznałeś jakąś dziewczynę dzisiaj i się żenisz. - Bulwersował się Riker
-No tak chcecie ją poznać choć tu. No więc to Laura Marie Marano już niedługo Lynch. - Powiedział chłopak , a reszta rzuciła się na mnie - A to - Tu wskazał na Dominikę - nasza córka Dominika. -Dodał a reszta miała miny jakby nic nie rozumiała. Oczywiście wytłumaczyłam im wszystko. Oj byli na mnie nieźle źl,i ale też szczęśliwi, że bierzemy ślub. Dominika od razu złapała kontakt z rodzeństwem Rossa i moją siostra i oczywiście z Ellingtonem Lee Ratliff. Jedno wiem na pewno teraz będzie już tylko lepiej i wierze że nasza miłość będzie do końca życia, a jeśli jest coś po śmierci to wtedy też będziemy się kochać.
Laura Maranch- letsnotbealone.blogspot.com
Wsiadałam właśnie z rodzicami do samolotu. Mieliśmy odwiedzić moją siostrę w Californi. Jak na złość przyjechałam z rodzicami za późno i wszystko robiliśmy w biegu. Były wolne tylko trzy miejsca. Mogłam usiąść koło jakiegoś bruneta, ale widząc wzrok taty od razu rozglądałam się za innymi miejscami. Kolejną osobą przy której mogłam usiąść to była jakaś kobieta, która rozmawiała przez telefon. Co ja mówię! Ona krzyczała tak jakby chciała pochwalić się nie wiadomo czym. Ostatnie wolne miejsce było przy jakieś starszej pani. Zobaczyła, że na nią patrzę i się uśmiechnęła. Podeszłam do niej i usiadłam na miejscu obok. Uśmiechnęłam się do niej i zapiełam pasy bezpieczeństwa.
- Dzień dobry, muszę ci powiedzieć, że masz bardzo ładny uśmiech.
- Eh, dziękuje bardzo, ale to pani uśmiech mnie przyciągnął na to miejsce. - zaśmiały się razem uroczo.
- No proszę, masz ładny uśmiech, jesteś bardzo miła i śliczna. Chyba właśnie poznałam drugi ideał świata! - Laura lekko się zarumieniła.
- A kto jest tym pierwszym ideałem? - wbiła ciekawe spojrzenie w starszą panią.
- Oczywiście, że ja. - zaczęły się znowu śmiać. Aż nawet mama Laury się odwróciła i spojrzała na nią z pytającą miną. Starsza pani wyciągnęła rękę. - Jestem Lidia.
- Laura. No to gdzie pani się wybiera?
- Jadę do swoich wnuków. Wiesz, jeżdżę do nich co rok mniej więcej w tym okresie na jakiś czas. Jeździłabym częściej, gdyby nie fakt, że jest ich aż 5, znaczy 6 jeżeli liczyć jeszcze ich kolegę, który z nimi mieszka. Moje nerwy puszczają już po kilku dniach i od nich uciekam. A ty?
- Ja lecę z rodzicami do siostry. Znaczy oni tylko na kilka godzin, bo chcą poznać chłopaka siostry. A ja i tak miałam przylecieć do Cali, bo dzieci z domu dziecka pojechały na jakąś wycieczkę pod namioty. A potem zostaję u siostry na parę miesięcy, bo jest program wymiany opiekunów, czy coś takiego. - uśmiechnęła się.
- No proszę teraz jeszcze wiem, że jesteś dobroduszna. No mówię ideał jak nikt.
Kobieta i Laura rozmawiały jeszcze kilka godzin. Bardzo się zakolegowały. Nie brakowało im tematów do rozmów, a wręcz przeciwnie. Było ich coraz więcej. Zbliżał się koniec podróży. Laura dostała od tej pani wisiorek z napisem "Dare to dream". Jak to powiedziała pani, na pamiątkę ich spotkania. Laura wyszła już z samolotu i ciągnęła za sobą walizkę. Odwróciła się zobaczyć jak idzie tej starszej pani. Zobaczyła, że nie da rady pomóc sobie z walizką. Poprosiła taty aby wziął jej walizkę, a sama poszła pomóc pani. Kobieta się śmiała, że ona jest jak cud na świecie. Szły obok siebie i Laura pomagała pani wejść na ostatni schodek, gdy podbiegł do niej jakiś chłopak.
- Cześć babciu!
- Oh, witaj Rocky.
- A to jest? - patrzył zdziwiony na Laurę.
- To jest Laura. Ta dziewczyna to jest największy skarb na tej ziemi!
- Oh, proszę przestać. Każdy by pomógł. - Laura zaśmiała się do starszej pani.
- Mówię naprawdę! Widziałam, że chciała spać przez lot, ale dalej ze mną rozmawiała. Na dodatek od samego samolotu ciągnie mi walizkę i pomaga mi wejść po schodach.
- No to dziękuje ci Lauro. - uśmiechnął się Rocky i wziął od Laury walizkę.
- A gdzie reszta tej bandy? - babcia Rocky'ego zaczęła się rozglądać po całym lotnisku, ale nikogo nie widziała.
- Wiesz, wolałem przyjechać sam,bo pamiętasz jak ostatnio się to skończyło? - babcia wybuchnęła śmiechem, aż kilka ludzi się za nią odwróciło.
- Ja przepraszam, ale rodzice czekają, muszę iść. Miłego pobytu proszę pani. Cześć Rocky. - Laura uśmiechnęła się i odeszła w stronę rodziców. Jechała taksówką i nie mogła przestać się uśmiechać. Ta pani bardzo umiliła jej sam początek tej wyprawy. Samochód się zatrzymał, a dziewczyna walnęła głową ob okno. Pani Ellen (jej mama) widząc to wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Gdy się już trochę uspokoiły wyszły i wzięły walizki z bagażnika taksówki. Całą trójką staneli przed drzwiami i zapukali. Nikt im nie otwierał. Laura nie bawiła się w kotka i myszkę, tylko nacisnęła na klamkę. Drzwi były otwarte, więc weszła. A rodzice zaczeli na nią wrzeszczeć. Nie zwróciła na to wielkiej uwagi i poszła w głąb domu. Usłyszała nagle muzykę wydobywającą się z kuchni. Stanęła w progu i patrzyła z zainteresowaniem na siostrę Która gotując zaczęła tańczyć i śpiewać.
- No tak wcale się nie zmieniłaś. - zaczęła się śmiać. A Vanessa podskoczyła do góry przestraszona. Zorientowała się kto to i od razu podbiegła wszystkich wyściskać. Pierwszy raz od 2 lat, rodzina Marano spędziła ze sobą cały dzień. Rano Laura wstała i ubrała się w stój do biegania. Nałożyła jeszcze słuchawki i ruszyła z domu. Biegła w rytm piosenki Bruc'a Springstenn'a "Dancing in the dark". Biegła i nawet nie zauważyła gdy potrąciła pewną dziewczyną. Zdjęła jak najszybciej słuchawki i pomogła wstać dziewczynie. Myślała, że owa dziewczyna zacznie na nią wrzeszczeć lub rzucać. Ale dziewczyna uśmiechnęła się do niej uroczo.
- Przepraszam, jak biegam to tracę świadomość czasami i nie widzę ludzi. - podrapała się nerwowo po głowie.
- Oh, przestań. Nie straciłam nogi, to zadrapanie. Nic takiego się nie stało. - zaśmiała się dla rozluźnienia sytuacji. - Nigdy cie nie widziałam w tej okolicy. Jesteś no..?
- Tak jest nowa, przeprowadziłam się z Kansas City do siostry. I tak bardzo lubię przerywać ludziom w połowie zdania. - teraz obie się zaśmiały.
- Jestem Rydel - wyciągnęła rękę w stronę brunetki. Laura podała jej rękę i też się przedstawiła. - Ale radzę uważać, ja jestem z tych milszych. Większość jakbyś popchnęła nawet niechcący to zmieszali by cie od razu z błotem. Patrz tam biegnie taka dziewczyna, ma na imię Maia. Wpadniesz jej pod nogi. To będzie cie prześladować do końca życia. No chyba, że masz tak samo nie wyparzony język jak ja. To nie powie ani słowa. Mało jest tu tych milszych, więc uważaj na siebie.
- Dobrze, że trafiłam na ciebie. Może uda mi się trafić jeszcze na te dobre osoby. - zaśmiałam się lekko.
- Może chcesz potem wyjść na kawę? Widzę, że mamy podobne tępo i już wiem, że nie jesteś jak ta Maia. Ona od razu wydrapałaby mi oczy. Ej, uważaj...
- Laura zrobiła krok w tył i walnęła w kogoś. Usłyszała tylko upadek i od razu się odwróciła.
- Mówiłam, żebyś uważała. Teraz poznasz tą dziwaczkę z bliska. - Rydle się śmiała.
- O M G. Ty jesteś nie normalna. Złamałam sobie paznokcia! Oh, no tak przecież ta blond lafirynda przy tobie stoi! Jak mogło być inaczej.
Rydel słysząc to zmierzała w jej stronę, a dziewczyna lekko się przestraszyła. Wstała zanim blondynka zdążyła coś powiedzieć i odeszła. Ja wybuchnęłam śmiechem.
- Wiesz, sądzę, że z chęcią pójdę na tą kawę.

*KILKA GODZIN PÓŹNIEJ

- Naprawdę! Mówię, moje rodzeństwo to tragedia. Jedno lepsze od drugiego.
- Widzisz ja mam tylko jedną siostrę i już z nią często nie da się wytrzymać, a ty mi mówisz o 4 braciach.. - była chwila ciszy. - Właśnie mam siostrę! Zabije mnie - złapałam się za głowę - Mówiła, że mamy iść poznać jej chłopaka.
- Jak nazywa się ten chłopak?
- Chyba Rihard. A co?
- A nic, mają do nas przyjść goście mojego brata dziewczyna z rodziną. Ale mój brat tak się nie nazywa. Dobra to leć, masz mój numer i jak coś to pisz. - przytuliły się. Brunetka wybiegła z kawiarni i pobiegła w stronę domu siostry. Ledwo weszła na podwórko, a jej rodzina już wychodziła by wsiąść do samochodu. Podbiegła i wsiadła do samochodu. Jechały około 25 minut. Wysiedli i ruszyli w stronę wejściowych drzwi. Vanessa nawet nie pukała tylko weszła do środka. Laura się odwróciła rodzice jeszcze gadali z taksówkarzem. Więc poszła za siostrą. Vanessa rzuciła się na kanapę koło 3 chłopaków.
- Gdzie Riker?
- Na górze stroi się dla takiej jednej durnej....
- Cicho bądź Rocky. - zaczęła się śmiać. - A no tak poznajcie moją siostrę Laurę. Lau to jest Ellington, Ross i Rocky. Na górze jest Riker. A Dells? - chłopaki nawet nie podnieśli głowy.
- Zaraz wróci, poszła z kimś się spotkać i mówiła, że wróci na piechotę. - powiedział blondyn który wszedł do pokoju. Vanessa wstała i od razu go przytuliła.
Podszedł do mnie po chwili i przedstawił się.
- Cześć jestem Riker, ten jedyny normalny, który umie się przedstawić kulturalnie dziewczynie. - zaśmiałam się. Usiadłam na fotelu, a chłopaki dalej nie spuszczali wzroku z gry. Po chwili pojawili się rodzice. Riker powiedział, że pójdzie po babcie, a reszta ma siadać już do stołu. Chłopacy podnieśli się wreszcie z kanapy i popatrzyli na mnie ze zdziwioną miną.
- Vanessa kto to?
- Eh, zignoruję was tak samo jak wy zignorowaliście mnie i ją. - poszła do kuchnia ciągnąc rodziców za sobą.
- Jestem Laura siostra Van. - zaśmiałam się lekko.
- Jesteś pewna, że jesteś jej siostrą? - popatrzyłam na nich z nieukrywanym zdziwieniem. - Wiesz tamta jest zawsze wredna, nie miła. A moja babcia na lotnisku mówiła co innego.
- O Boże nie poznałam cie. - zaśmiałam się. - Czyli twoja babcia tu je..
- Larunia! - odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętą staruszkę. Wszyscy poszliśmy do jadalni, aż nagle wpadła do tego pokoju Rydel. Zobaczyła mnie i zaczęła się śmiać. Każdy siedział w osłupieniu. A Rydel nie mogła się uspokoić. Laura spłonęła rumieńcem.
- Oh, przepraszam. Czekaj to jednak.... Hahahhaha nie mogę.
- Dobra cicho bądź i siadaj.
Blondynka usiadła i próbowała udać, że się uspokoiła, lecz ciężko było jej się uspokoić.
- Dobra o co chodzi? - Van była chyba najbardziej zdziwiona tą sytuacją.
- No bo jak rano poszłam sobie biegać, to wpadłam na Rydel. Jakoś tak się złożyło, że poszłyśmy potem do kawiarni. Przed chwilą w sumie.
- I powiedziała, że idzie z rodziną do Rihard'a. A teraz siedzi tak tutaj. Właśnie słuchaj wpadłam na Maię!
- Cholera! Ją też znasz? - wtrąciła się Van
Dziewczyny opowiedziały każdy szczegół ich wspólnego dnia. Rodzice Laury musieli już jechać, więc brunetki pojechały z nimi.

*KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ

- Van, podasz mi ten patyk?
- Nie, bo znowu będziesz szperać w tym ognisku. I potem go odłożysz gorącego na kogoś ubranie i zrobisz dziurę w tym. - popatrzyła na Laurę i pokazała już chyba z setny raz tą samą bluzkę.
Każdy zaczął się śmiać. Chłopaki wrócili i usiedli. Riker'owi i Vanessie serio się dobrze układa. Są ze sobą od ponad roku. Laura poznała się bliżej z całą rodziną blondyna. A nawet między nią a Ross'em zaczęło coś iskrzyć. Ale wolą poczekać, aż wszystko się do końca poukłada i wyjdzie to samo z siebie. Laura poprosiła by mogła zajmować się dziećmi w miastowym domu dziecka. Aktualnie wszystkie te dzieci z domu dziecka siedzą grzecznie na około ogniska i czekają na kolejne atrakcje. Rocky, Riker i Ross wzieli gitary do ręki i zaczynali grać kolejne piosenki. Wszyscy śpiewali, co ja mówię. Była bitwa na głosy, kto potrafi głośniej zaśpiewać. Było wesoło.
Wiktoria Sroczyńska
„Miłość z pociągu”

„Ross”
- Jaki dziś piękny dzień. – westchnąłem i popatrzałem przez hotelowe okno. Obróciłem się i odszedłem od niego. Przebrałem się, po czym spakowałem resztę moich rzeczy do walizki. Wyszedłem z hotelu i ruszyłem na stację kolejową. Spojrzałem na tablicę  odjazdów. Mój pociąg jest opóźniony. Wściekły odwróciłem się i wpadłem na jakąś brunetkę. Była całkiem, całkiem.
- Pójdziesz ze mną do łóżka? -  spytałem prosto z mostu.
- Oczywiście… - odpowiedziała na co się ucieszyłem. -…że nie! – dokończyła i z całej siły uderzyła w policzek.
- Au! – krzyknąłem i złapałem się za policzek. Ludzie zaczęli się nabijać; „Taki odważny i silny Lynch, a uderzenie w policzek go boli…”, „Ross Lynch zachowuje się jak baba…” i tym podobne.
W tym momencie straciłem wszystko. Swoją fajność, pewność siebie…

„Laura”
Co ten debil sobie myślał? Że jest sławny i wszystkie laski na niego lecą? To się wielce pomylił. Ja tam na niego nie lecę, a wręcz nienawidzę i to się nigdy nie zmieni.
Zamyślona ruszyłam na pociąg. Wsiadłam do niego, odłożyłam bagaż i zajęłam swoje miejsce. Wyjęłam jeszcze telefon i napisałam do Van o tym co się wydarzyło. Schowałam urządzenie powrotem do torebki. W tym momencie w moim przedziale pojawił się ten idiota Ross. Odłożył swoją walizkę i zajął miejsce naprzeciwko mnie. Ta podróż zapowiada się okropnie, bo będę musiała znosić Lyncha i jego mordę.

„Ross”
Trafiłem akurat do przedziału tej laski, od której oberwałem na stacji. Chciałem z nią porozmawiać, ale bałem się, że znów „skrzywdzi” moją śliczną buziulkę.
Minęło pół podróży. Brunetka nie odzywała się do mnie, więc w końcu zebrałem się na odwagę i zagadałem do niej.
- Hej, jestem Ross. A Ty? – spytałem nieco niepewnie.
- Laura. – rzuciła od niechcenia i zaczęła oglądać paznokcie.
- Chcesz ciastko? – spytałem pokazując na pudełko delicji.
- Może być. – odpowiedziała, więc podałem jej ciastka. Zjadła jedno, drugie, trzecie… Aż w końcu okazało się, że całą paczkę. Uśmiechnąłem się do niej.
- Co jest? – spytała.
- Nic. Po prostu jesteś brudna od czekolady.
- Gdzie?
- W kąciku. – przybliżyłem się do niej. Już miałem ją pocałować, kiedy pociąg gwałtownie zahamował. Wszystkie bagaże pospadały z półek. Ja wylądowałem na podłodze, a Lau na mnie. Skorzystałem z okazji i położyłem ręce na jej pośladkach oraz pocałowałem ją. O dziwo odwzajemniła pocałunek. Po chwili postanowiła wstać. Podparła się rękoma i usiadła na mojej klacie. To co się działo musiało wyglądać przekomicznie.

„Laura”
Kompletnie nie wiem co mi odbiło. Całowałam się z Lynchem! Szybko wróciłam na swoje miejsce. Wyjęłam telefon z torebki i wystukałam smsa do Van. Nic mi nie odpisała.
Cały pozostały czas spędzony w pociągu, Ross mnie podrywał. Później gdy był czas wysiadać, Lynchu pomógł mi z bagażem, a na dodatek zamówił taksówkę. Gdy przyjechała, wsiadłam do niej.
- Dziękuję Ci za wszystko. Nie musiałeś tego dla mnie robić… - cmoknęłam go w policzek. Chciałam już zamknąć drzwi i odjechać, ale Ross nachylił się do mnie i pocałował czule, bardzo czule. Chciałam by ta chwila trwała wiecznie, lecz tak się nie da. W końcu blondyn odkleił się ode mnie i mogłam odjechać.
Gdy wróciłam do domu, rozpakowałam się i zrobiłam pranie. Zmęczona usiadłam na kanapę obok Van.
- Pewnie mi nie uwierzysz, ale muszę Ci coś wyznać. Zakochałam się w tym Rossie.
- To chyba fajnie? – spytała siostra.
- No właśnie. Chyba. A co jeśli zależy mu tylko na łóżku? Przecież opowiedziałam Ci o tej akcji na stacji.
- Oj Lau, Lau. Nie dziw się mu. Jesteś śliczna. Po za tym każdy normalny chłopak by tak powiedział. Ross na pewno jest świetnym chłopakiem.
- Może i masz rację. – cmoknęłam siostrę w policzek i poszłam się położyć do swojego pokoju.

„Ross”
Wróciłem do domu nieco załamany, bo przecież mogę już nigdy nie spotkać Lau. Walizkę zostawiłem mamie, a sam usiadłem z Rikiem. Opowiedziałem mu o mojej Lau.
- Wow brat. Może ja też będę jeździł pociągiem i znajdę żonę.
- Serio Rik? Ty i żona? To by nie wypaliło.
- Jesteś samolubny, bo chcesz mieć wszystko, a ja mam być sam…
- Wcale nie! Ja po prostu jestem szczery.

*2 miesiące później*

„Laura”
Od dwóch miesięcy nie spotkałam Rossa. Z tego powodu jest mi przykro. Pokochałam tego blondaska. Wtedy w tym pociągu był taki uwodzicielski, seksowny… Brakuje mi jego uśmiechu…
Szłam tak zamyślona, kiedy na kogoś wpadłam. Podniosłam wzrok i ujrzałam mojego Rossia. Rzuciłam mu się na szyję i zaczęłam go całować. Z każdym kolejnym pocałunkiem było coraz czulej i namiętniej.
- Kocham Cię. – szepnęłam mu do ucha.
- Ja Ciebie też. Nawet nie wiesz ile Cię szukałem…
- A właśnie, że wiem ile. Tyle samo co ja Ciebie.
Patrycja Lenckowska
Got My Heart Made Up On You - One Shot

Było piękne słoneczne popołudnie. Młode małżeństwo Rydel i Ellington wyprawiali małe przyjęcie dla rodziny, aby podzielić się z nimi radosną nowiną. Kiedy wszyscy goście zajęli już miejsca Rydel powiedziała:
- Cieszę się, że jesteście. Mamy dla Was wesołą wiadomość - Ja i Ell będziemy mieli dziecko! Pokazała zdjęcie USG. Rodzina zaczęła im gratulować. Przyjęcie trwało do późnej nocy.

Kolejne tygodnie upłynęły im spokojnie. Pewnego dnia Rydel źle się poczuła, straciła przytomność i trafiła do szpitala. Mąż czuwał przy niej przez cały czas. Lekarz poprosił go na rozmowę. Ell poszedł do gabinetu.
- Coś nie tak z dzieckiem? - zapytał od wejścia.
- Proszę usiąść. Z dzieckiem wszystko ok. Chodzi o pana żonę. Wiedział pan, że choruje na serce? - powiedział lekarz.
- Tak, ale co to ma do rzeczy? Przecież to niewielka wrodzona wada...
- Niestety. Wada bardzo się pogłębiła. Konieczna byłaby transplantacja serca, ale ciężko jest znaleźć dawcę. - lekarz tłumaczył. - Bez tego nie przeżyje nawet tygodnia.
Ell załamał się. Wszedł do pokoju Rydel. Pogłaskał śpiącą żonę po głowie, pocałował w policzek. Była sztucznie podtrzymywana przy życiu. Pomyślał o maleństwie, do którego narodzin pozostało jeszcze kilka tygodni. ,,Jeśli Delly umrze to maleństwo razem z nią." - pomyślał i jeszcze bardziej się rozpłakał.

Postanowił coś wymyślić. Najpierw szukał w Internecie handlarzy narządami... oddałby wszystkie pieniądze byle by ją ocalić. Nic z tego. Sprzedawali nerki, kawałki wątroby, ale nie serca. Ell był coraz bardziej bezradny i zły na siebie, a Rydel nikła w oczach. Pozostało niewiele czasu. Kiedy Ell  ponownie jechał do żony  przypadkiem usłyszał w radiu fragment wykładu znanej profesor " Dawcami serca są głównie ofiary wypadków, u których nastąpiła śmierć mózgu." Już wiedział co zrobić. Wszedł do szpitala ucałował żonę. Akurat był u niej Rik. Ell dał jej bratu liścik.
- Daj go Delly jak tylko się obudzi. - poprosił.
- A Ty? Czemu tego nie zrobisz sam? - spytał, ale już nie uzyskał odpowiedzi, bo szwagier wyszedł...
- Mamy serce dla Rydel! Znalazł się dawca! - Po paru godzinach siedzenia przy siostrze Riker wreszcie usłyszał pozytywną wiadomość. Po kolejnych paru godzinach jego siostra była już po operacji.
- Gdzie jest Ell? - spytała zaraz po przebudzeniu.
- Kazał Ci to dać. - odpowiedział Rik i dał jej list od męża.
" Delly, kiedy będziesz to czytać mnie już tu nie będzie. Wiedz, że jesteś dla mnie najważniejsza i zawsze będę przy Tobie. Dostałaś moje serce złożone z Ciebie. Proszę dbaj o nasze maleństwo. Kocham Cię. Ell."
Rydel przycisnęła kartkę do ust i ucałowała. Położyła rękę na sercu i z oczu popłynęły jej łzy. ,,Teraz już zawsze będziesz przy mnie Ell. Moje serce też jest złożone z Ciebie".

Niedługo później Rydel urodziła zdrowego synka. Po trzech latach spotkała innego mężczyznę, którego pokochała i z którym wzięła ślub. Jednak nigdy nie zapomniała o Ellingtonie.